Wyjście

Jansson w milczeniu zakładał skafander. Pomagająca mu Naoko Yamashita też nic nie mówiła, zajęta zapinaniem kolejnych złącz i podłączaniem przewodów. Czysta rutyna. Każdy ruch krótki i precyzyjny, zero miejsca na miotanie się po śluzie w poszukiwaniu tej lub innej części nieporęcznego ubioru.
Czytaj dalej „Wyjście”

Reklamy

Horror… horror…

Czytam sobie w międzyczasie antologię opowiadań grozy. Czytam i czytam i jakoś się nie boję. Zastanawiam się, czy to ja już się tak znieczuliłem na pisany horror, czy zwyczajnie te opowiadania są pozbawione tego dreszczyku, napięcia i klimatu, który zapamiętałem z dawnych lat, kiedy zaczytywałem się horrorami. Mogę też zrzucić wszystko na Marka Huberatha, po lekturze którego trudno mówić o przejmujących horrorach. Co ciekawe, ani … Czytaj dalej Horror… horror…

Oceń ten wpis:

Jerzy

No cóż, jedna historia czeka na dokończenie, to może wrzucę inną, również niedokończoną i zrobię z tego blogaska muzeum opowiadań niedokończonych? Tak czy siak, wrzucam opowiadanie, które nie miało tytułu, a które roboczo nazwałem "Jerzy". Może kiedyś dokończę, choć pewnie wszyscy się już domyślają kto jest kim i jak to się skończy. Bez dalszego pitu pitu, chętniaków zapraszam do lektury.

Czytaj dalej „Jerzy”

Odprawa

Większość załogi, na czele z kapitanem, zajęła już swoje miejsca w mesie. Wszyscy zawzięcie klikali jeszcze w klawiatury wysuniętych z blatu terminali. Collins klapnął na fotel obok dowódcy, chwilę później przyszedł Jansson. Równo o drugiej, kapitan przeniósł wzrok z ekranu komputera na załogę.

Czytaj dalej „Odprawa”

Nawigator

Collins siedział i bez entuzjazmu przeżuwał swoją rację polową. Smakowała niczym rozmoknięta na papkę tektura, ale ponoć była pożywna, pełna protein, witamin, białka, błonnika i wszystkiego, co dowództwo floty uznało za zdrowe. Niestety ktoś akceptujący zapomniał, że można było dodać do tego choć trochę jakiegoś smaku, albo było to znowu niezgodne z jakąś megadyrektywą, chroniącą diabli wiedzą jaką grupę wyznaniową przed dyskryminacją na przykład przez dodanie soli i odrobiny jakiegoś sztucznego aromatu. Obok porcji leżał energobaton, tym razem dla odmiany przesłodzona do mdłości kostka szaroburej substancji o konsystencji plasteliny, mająca dostarczyć niezbędnej do pracy energii.
Czytaj dalej „Nawigator”

Mesa

Nie wiem dlaczego wracam do tych wydarzeń. Przecież w moim wieku już więcej się nie pamięta, niż pamięta, a mimo dziur w mózgu poczynionych przez starość niektóre wydarzenia zostaną ze mną chyba do samego końca. Oby przyszedł jak najszybciej, bo nie wiem, czy dam radę wytrzymać z własnymi wspomnieniami. Najgorsze jest to, że gdy próbuję sobie coś przypomnieć dokładniej, to wszystko spowija mgła. Zostają fragmenty, strzępy, pojedyńcze obrazy, dźwięki, słowa, zdania urwane w połowie, zdania pomyślane… Krzyk… Wszystko wraca przeraźliwie jasno dopiero w nocy, gdy usiłuję zasnąć. Zalewa mnie fala myśli o tych kilku tygodniach sprzed ponad czterdziestu lat. To wszystko wraca i zamiast zasłużonego wypoczynku po całym dniu gapienia się  holo (co innego zostało nam, starym dziadom?), zrywam się z łóżka z krzykiem i płaczem, tylko po to, żeby znowu odkryć mgłę, która momentalnie okrywa to, co wyrwało mnie ze snu. I znowu, choćbym nie wiem jak się starał, będę pamiętał tylko fragmenty, kawałki, odłupane z całości kamyki przetaczające się po mojej zramolałej głowie. I strach. To pamiętam bardzo dokładnie. To nigdy mnie już chyba nie opuści. Lęk, strach, przerażenie, mój towarzysz od czterdziestu lat z okładem, który nie pozwoli naprawdę zapomnieć. Do śmierci będzie mi towarzyszył i budził w nocy, a pielęgniarze z domu opieki będą musieli mi dawać mocne środki nasenne, żebym znów zasnął, tym razem narkotycznym snem bez marzeń, ale i bez odpoczynku. Może jeśli spiszę teraz to, co pamiętam, co kołacze się mi gdzieś w resztkach zwojów szarej tkanki, jakie zostały mi jeszcze w tym wieku, może wtedy lęk sobie pójdzie? Może przestanie czaić się pod skórą, jak jakiś jad wypełniający naczynka włosowate, gotów w odpowiednim momencie ruszyć w górę żył i tętnic, do serca, by stamtąd rozpełznąć się po całym ciele, dotrzeć do mózgu i zniszczyć to co zostało? Może wreszcie zasnę… Może wtedy będzie to ostatni sen i będę wolny.

Czytaj dalej „Mesa”

Wejście

Postękując i próbując z każdym krokiem rozruszać zastałe stawy, Collins podszedł do rzędu szafek i otworzył tę oznakowaną jego nazwiskiem. Powoli się rozebrał, wrzucając ubrania na sam dół, wyjął czystą bieliznę oraz ręcznik i powlókł się w stronę pryszniców.  Sala natrysków była oświetlona nieco mocniej.  Wsunął się do najbliższej kabiny, zawiesił ręcznik i wszedł do brodzika. Szybko się namoczył i natychmiast zamknął zawór. Nigdy nie rozumiał sensu reżimu wody na statkach tej klasy. Przecież i tak wszystkie ścieki, łącznie z moczem i kałem były przerabiane, a każda kropla wilgoci odzyskiwana. Całość krążyła w obiegu zamkniętym, a filtry i przewody były zrobione z materiałów tak dobranych, by utrata wody nie przekroczyła około stu mililitrów dziennie. A jednak procedura zostaje procedurą.

Czytaj dalej „Wejście”

Otwarcie

Światła statku zaczęły się jarzyć. Na początku tylko trochę, by po kilku minutach rozgrzewania żarników, zaświecić połową swojej nominalnej mocy. Temperatura korytarzy powoli podnosiła się, posłuszna programowi wybudzania. Ciszę pustych przejść mąciło jedynie tykanie rozszerzających się od ciepła fragmentów kadłuba. Lampy komory hibernatora świeciły jeszcze słabiej. Komputer dobrał poziom oświetlenia poszczególnych pomieszczeń, żeby jak najbardziej ułatwić adaptację obudzonej po dwuletnim śnie załogi. Monitory przy kojach … Czytaj dalej Otwarcie

Oceń ten wpis:

O mało co star trek

Nie tak całkiem dawno przypomniałem sobie fragment „Star Trek IV: Podróż do domu”. Był to jeden z tych star treków, w którym załoga Enterprise przenosiła się w czasie. Fragment o którym piszę, to ten, w którym Scotty i Bones idą do jakiegoś zakładu chemicznego, w którym pokazują właścicielowi fabryki (czy komuśtam) jak wygląda superwytrzymałe przeźroczyste aluminium. Po kilku próbach Scotty z wzgardliwym prychnięciem: „Keyboard? How … Czytaj dalej O mało co star trek

Oceń ten wpis: