Wieś

Dawno temu chciałem napisać opowiadanie. Horror o gościu, który pojawia się znikąd, nocą, w małym miasteczku. Gdy idzie jego uliczkami, psy milkną. Gdy przechodzi obok latarni, te mrugają, lub gasną. Pojawia się w ciszy i w ciszy idzie. Opowiadanie miało się zaczynać mniej więcej myślą, że gdy duże miasta nigdy nie zasypiają, tętnią życiem nawet w środku nocy, to małe miasteczka, pipidówy gdzieś na krańcu świata, nocą umierają. Opowiadanie nie miało dziać się w żadnym konkretnym miejscu, ale gdy pomysł się rodził, myślałem o podlubelskich Piaskach. Dawniej było to miasto na drodze Lublin – Chełm i Lublin – Zamość. W latach dziewięćdziesiątych było to miasto dość ponure (jak zresztą większość miast w Polsce). Kilka lat temu dodatkowo opasano miasto obwodnicą, przez co większość ruchu, jaki odbywał się przez Piaski, a w szczególności tranzyt do przejścia w Dorohusku, przechodzi teraz bokiem, omijając je całkowicie. Jedynie te pojazdy, które jeżdżą do Zamościa, jeszcze o Piaski zahaczają. Mniejsza. W myślach miałem obraz jeszcze bardziej opuszczonego miasta. Miasta beznadziei, zmarnowanych szans, obskurnych domów. Miasta, które nocą jest właśnie martwe, ziejące wygaszonymi oknami obskurnych kamienic budowanych z wapiennych kamieni, które stoją przy kiedyś głównej, a obecnie pustej drodze. Obraz jedynej restauracji w mieście, ze słynnymi niegdyś flakami, która stoi teraz zabita dechami, bo nikt obok nie przejeżdża, a miejscowych nie stać na żarcie po knajpach. Wymarzona sceneria dla nadprzyrodzonego horroru.

Tylko, że to nie tak. Zupełnie nie tak. Dla większości mieszczuchów, nawykłych do knajp otwartych do późnych godzin nocnych, do nigdy nie znikającego ruchu samochodów na ulicach, do ludzi wracających z imprez i libacji o trzeciej nad ranem, owszem, miasteczko, wieś, wydaje się umierać, znikać, gubić w ciszy nocy. A jednak wystarczy przejechać się przez dowolną wieś, właśnie nocą, żeby znaleźć życie i tam. Wolniejsze, cichsze, spowite w odgłosy nocy, pochowane za wiszącymi w oknach domów firankami. Czasem zaskakujące, gdy przejeżdżając obok starej, drewnianej chałupy z zapuszczonym obejściem, widzisz światło zapalone przez staruszkę, która może i nie ma już siły wyciąć zarastających jej podwórze badyli, ale wciąż tam mieszka, żyje, próbuje jakoś zapłacić za prąd ze swojej skromnej renciny. Sama? Z kimś? Nie wiesz. Jedziesz dalej, mijasz inne domy, jedne ciemne, inne mrugające światłem telewizora, na podwórzu któregoś widzisz rzędy diodowych solarnych lampeczek. Tu przebiegnie kot, tam gdzieś zakrzyczy jakiś nocny ptak, poboczem przejdzie wracający skądś człowiek. Życie trwa. Nie znika, przysypia, by rano znowu rozpocząć swój taniec. Czterdziestoletnie ursusy wyjadą na pola, klejone na gumę do żucia kombajny zaczną kosić zboże, ludzie wstaną by dalej próbować dociągnąć do śmierci. Tej prawdziwej, na końcu. Ale zanim to nastąpi, będą żyć, wbrew wszystkiemu.

Garść nie związanych fotek ze wsi.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s