Książka dobra i książka „taka se”

Książka dobra to „Oberki do końca świata” Wita Szostaka. Oczywiście określenie „dobra” jest tu jak najbardziej subiektywne i znaczy „spodobała mi się”. Wytrawny literaturoznawca zapewne wycisnąłby z niej naprawdę dużo, ja tak nie potrafię, więc trochę sobie teraz poplotę trzy po trzy (przy, nomen omen, trzecim piwie).

„Oberki…” to książka bardzo nastrojowa. Nostalgiczna. To książka o wsi, ale nie tej współczesnej z traktorami, kombajnami i disco polo rżniętym na remizowych zabawach, ale tej wsi prawdziwej, przedwojennej i wcześniejszej. Wsi, w której wszystko działo się podług zwyczajów i we wszystkim był rytuał. Gdzie wiara w Boga nie była tylko pustosłowiem, bo wystarczyło wyjść przed chałupę, żeby zobaczyć przycupniętego na strzesze anioła. Wieś magiczna, wieś z legend i bajań starych ludzi, w której prosty muzykant potrafił zaczarować księżyc i zakląć czas. Wieś, która odeszła ale tęsknota za nią pozostała. I tę właśnie tęsknotę, za minonymi czasami, nieistniejącym światem, przekazuje Szostak czytelnikowi stylem, prowadzeniem fabuły, każdym zdaniem. Powieść nostalgiczna, smutna, ale mimo wszystko oddziałująca na czytelnika bardzo głęboko. Bardzo warto było przeczytać.

Książka japońska czyli „taka se” to z kolei powieść Szczepana Twardocha „Przemienienie”. Reklamowana między innymi blurbami napisanymi przez Rafała Ziemkiewicza oraz Jacka Dukaja. Zasadniczo jest to powieść sensacyjna, osadzona w realiach PRL i dziejąca się w kręgach ówczesnej bezpieki. Głównym bohaterem jest świeżo upieczony ubek, który prowadzi czytelnika poprzez meandry działania aparatu bezpieczeństwa PRL, zahaczając również o swego rodzaju spiskową teorię dziejów. No i problem się pojawia, gdy czytelnik wyłączy na chwilę swoją wiedzę o historii naszego kraju, a także polityczne uprzedzenia (lewicowe lub prawicowe, bez znaczenia) i spróbuje na chwilę spojrzeć z perspektywy zwykłej książki sensacyjnej. Okazuje się, że ta sensacja to taka tam sobie, przeładowana wręcz wspomnieniami głównego bohatera ze szkoły resortowej w Legionowie i wykładami na temat pracy bezpieki. Czasem wydawać by się mogło, że autor koniecznie chciał się pochwalić swoją wiedzą na temat metod pracy UB i sposobów na pozyskiwanie przez tę służbę współpracowników. Część teoriospiskowa też niespecjalnie przekonuje. Może nie gra tutaj to, że swoją fascynację prozą sensacyjną zakończyłem na MacLeanie i Ludlumie. Gdy próbuję sobie w myślach porównać z resztkami wspomnień z takiego „Manuskryptu Chancellora”, to niestety okazuje się, że Twardoch wypada dość blado. Tak więc przeczytać można, ale jeśli urodziło się już u schyłku komuny (jak nie przymierzając ja) i nie wyniosło się z domu całkowicie sklarowanych poglądów politycznych, to można zwyczajnie tej książki „nie poczuć”. Być może jest ona interesująca dla ludzi zafascynowanych działaniami służb specjalnych, ale to już nie moje tereny, więc się nie zapuszczam. Dla mnie rzecz „taka se”.

A dzisiejszy wpis sponsorowały literki „P” „I” „W” „O” oraz cyfra „3”.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s