Nerwy jako środek dopingujący

Planowałem dzisiaj spokojny przejazd turystyczny dookoła Zalewu Zemborzyckiego. Ogłosiłem nawet na forum Rowerowego Lublina odpowiednią ustawkę. Niestety rzeczywistość postanowiła niecnie pokrzyżować moje plany koniecznością dłuższego pozostania w pracy. Z obecności na ustawce nici (na szczęście obecni poradzili sobie beze mnie), ale postanowiłem tę porażkę odreagować więc jednak ruszyłem na rowerek. Ruszyłem z kopyta w złudnej nadziei, że a nuż mi się uda i dogonię ekipę z forum. Oczywiście daremne żale, próżny trud etc. etc. i ponad piętnastominutowe spóźnienie wymagałoby ode mnie silnika rakietowego w tyłku, żebym je nadrobił. Ponieważ jednak dysponuję jedynie siłą własnych flaków (które dla niepoznaki nazywają się mięśniami), nie dogoniłem i skazałem się na samotny przejazd. Koniec końców też było sympatycznie, chociaż noc zastała w miejscach kompletnie nieoświetlonych (przy okazji przetestowałem swoje oświetlenie – dwie diodowe lampki dają jednak ciut mało światła), a powrót odbył się w towarzystwie przemykających obok na trasie Lublin – Kraśnik samochodów.

Jak wyglądała trasa? Start spod Lubelskiego Klubu Jeździeckiego. Ścieżką rowerową ruszyłem ostro w stronę Zalewu cały czas łudząc się, że jednak dogonię forumowiczów (aha, aha). Nad zalewem przez tamę i znów na ścieżkę rowerową. Gdy ścieżka się skończyła ruszyłem żółtym szlakiem pieszym. Tu zaczęły się schody. Najpierw wywrotka i obdarte z lekka kolana, a następnie dwie o-mało-co wywrotki. Gdy już w mózgu zaczynały pojawiać się myśli, że może to Latający Potwór Spaghetti daje mi znać swą makaronową macką, że to nie jest dobry dzień na rower i lepiej bym zrobił zostając w domu trzasnął piwko, pobawił się z dzieckiem itp, nerwy kotłujące się od zakończenia dnia pracy wzięły górę, więc pokazałem makaronowej macce gest kozakiewicza i ruszyłem dalej. Dojechałem do ul. Cienistej, z której następnie skręciłem w prawo i następnie odbiłem w lewo i znów w prawo w ul. Tęczową. Z Tęczowej skręciłem w Pszczelą, a następnie koło cmentarza odbiłem w prawo w ulicę, której nazwy nie pamiętam. Tędy dojechałem do końca asfaltu i ruszyłem w stronę Starego Gaju. Gdy do niego już dojechałem zmierzchało już dość mocno, więc po rozważeniu wewnętrznym plusów i minusów* wyszło, że te drugie nie dały się przesłonić i odbiłem drogą polną całkowicie w stronę do Gaju przeciwną.

Ostatecznie już po ciemku wjechałem na asfalt i lokalnymi drogami dotarłem do Zemborzyc Tereszyńskich, skąd szosą nr 19 wróciłem do Lublina.

A co do tego wszystkiego mają nerwy? Otóż, kiedy człowiek jest wściekły to nerwy potrafią dać mu solidnego kopa. I osobiście to dzisiaj odczułem. Choć średnia prędkość ostatecznie pewnie nie była super duper, to miejscami chyba udało mi się wycisnąć trochę więcej niż moje typowe prędkości jazdy. No i koniec końców nerwy pozwoliły mi kontynuować jazdę mimo usilnych starań rzeczywistości, żeby mnie zniechęcić.

Z drugiej strony, chyba ciut przyjemniej byłoby się poturlać zupełnie na luzaku, tylko dla wypoczynku.

Trasę pamięciową dorzucę jutro.
———-
* z jednej strony samotna jazda po ciemku po lesie, z drugiej strony samotna jazda po ciemku po lesie, trudny wybór.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s