Jerzy

No cóż, jedna historia czeka na dokończenie, to może wrzucę inną, również niedokończoną i zrobię z tego blogaska muzeum opowiadań niedokończonych? Tak czy siak, wrzucam opowiadanie, które nie miało tytułu, a które roboczo nazwałem "Jerzy". Może kiedyś dokończę, choć pewnie wszyscy się już domyślają kto jest kim i jak to się skończy. Bez dalszego pitu pitu, chętniaków zapraszam do lektury.

Ból promieniował w dół, od wbitych w głowę elektrod, przez szyję, ramiona, brzuch, aż po czubki palców stóp, które ćmiły jak ząb gotowy do wyrwania. Elastyczne pasy mocowały do łóżka, odbierając jakąkolwiek nadzieję na uwolnienie się od ponurej tortury. Ból nie był wielki, ale trwał, cały czas, sekundy, minuty, godziny, doby, odbierając chęć do życia i wypędzając te nędzne resztki jasnych myśli, które mogły się zrodzić w ostatnich, działających normalnie fragmentach czyszczonego mózgu. Ból pulsował, a w powolnym rytmie jego niemrawych uderzeń, rozciągniętych w wieczność, uciekało jestestwo, uciekały wspomnienia, zamazywane odczuciem ponurego i nieustającego ćmienia. Nie można było nawet krzyczeć, knebel wsadzony głęboko w usta, zbudowany w formie dźwiękoszczelnej opaski, owiniętej wokół szyi i twarzy poniżej oczu, wciskającej gumowy trzpień niemal do migdałków, tłumił niemal każdy dźwięk poza słabymi, wydostającymi się przez nos jękami. Poza tym, odechciewało się krzyczeć po kilku dniach? tygodniach? miesiącach? W niegasnącym, przytłumionym, świetle, nie dało się określić w jakikolwiek sposób upływu czasu. Jedynym stałym rytmem, było pulsowanie bólu w głowie, przyciśniętej do poduszki.

Czasem kątem oka można było zobaczyć jakiś cień, coś ruszającego się, przesuwającego zawsze poza granicą wzroku, bardziej odczucie, wątłe przekonanie o obecności, coś jak podmuch powietrza, który musnął twarz, wzbudzony przez przechodzącą obok osobę. Cień, nie-cień nigdy nie pojawiał się bliżej, nie pozwalał na stwierdzenie, czy jest rzeczywisty, czy tylko jest wytworem zmęczonego nieustannym pulsowaniem w głowie, fantomem. Po pewnym czasie to i tak traciło znaczenie.

Szum. Dookoła. W głowie, w uszach, w ciele, w umyśle, wszędzie. Pulsujący razem z bólem, czasem zamieniający się w pisk, czasem cichnący aż do granicy słyszenia. Szum wwiercający się w duszę i wywijający ją na nice, przypominający szepty, tysiące szepczących głosów, nierozróżnialnych od siebie, zagłuszających się wzajemnie. Czasem można było wyłapać w nim jakieś słowo, fragment słowa? literę? głoskę? sylabę? Choć może były to takie same fantomy, zrodzone mącącym zmysły, dobrym, starym znajomym bólem, jak cienie?

Po jakimś czasie razem z bólem i szumem zaczynało pulsować światło. Ciemniej, jaśniej, ciemniej, jaśniej. Wzrok zaczynał zawodzić, pojawiły się plamy, ciemnoszare i czarne kręgi wirujące dookoła, zachodzące na siebie, przenikajace się wzajemnie. Kręgi i plamy zaczęły się zmniejszać, ale jednocześie robiło się ich więcej i więcej, szum narastał. Gdy już wydawało się, że nie można więcej wytrzymać, że szum rozsadzi bębenki, a oczy zmęczone wpatrywaniem się w ruchome chmury punktów w różnych odcieniach szarości…

Klik…

…odłączyć…

Jerzy obudził się nagle. Telewizor, przed którym siedział, szumiał cicho, a na jego ekranie widać było jedynie wojnę mrówek. Spojrzał na zegarek, była trzecia w nocy. Któryś raz już mu się zdarzyło zasnąć przed telewizorem. Wstał z fotela i przetarł twarz dłońmi. Trzeba się położyć do łóżka, bo jutro znowu będzie połamany. Niewyspanie w tej sytuacji i tak już ma murowane.

Poszedł do łazienki, przemył twarz i umył zęby. Z lustra spoglądała na niego zmęczona, przeciętna twarz. Jednodniowe początki zarostu dodatkowo nadawały wrażenia szarości, tak samo jak włosy w kolorze wyblakłego siana. Ponuro patrzące oczy wydawały się ginąć w przepastnych dziurach oczodołów. Szary człowiek. Wzór przeciętnego, zwykłego obywatela. Pan statystyczny.

Mieszkanie też pasowało idealnie do jego wyglądu. Kawalerka z aneksem kuchennym i łazienką, proste meble, bez jakiegokolwiek stylu, w stonowanych, nieokreślonych kolorach, za oknem widok na sąsiedni blok. Jedyną odbiegającą od przeciętnej rzeczą był fakt, że w wieku trzydziestu dwóch lat wciąż był kawalerem.

Przeszedł do łóżka, rozbierając sie po drodze i rzucając ubrania na fotel. Usiadł na krawędzi łóżka i zaczął się masturbować. Robił to mechanicznie, bez przekonania. Praktycznie od zawsze była to jego jedyna aktywność seksualna. Jedyna próba seksu z kobietą skończyła się po pięciu czy dziesięciu sekundach, co nie przeszkodziło prostytutce w zgarnięciu niemal ćwierci jego pierwszej wypłaty. Kobiety się nim nie interesowały. On sam nie miał śmiałości, żeby poznać jakąś bliżej, nawet jeśli mu się któraś podobała.

Doszedł, choć orgazm nie sprawił mu wielkiej przyjemności. Prawdę mówiąc, gdyby nie wytrysk, to trudno byłoby go zauważyć. Powycierał parkiet i siebie, umył ręce i położył się.

…odłączyć…

Znowu. Skąd mu się wzięło w głowie to słowo? Głos, który je wypowiadał wydawał się jakoś znajomy, ale nie potrafił skojarzyć go z twarzą. Co odłączyć? Nieważne. Trzeba złapać jeszcze trochę snu. Chwilę później spał choć nie śniło mu się nic.

…odłączyć…

Budzik wyrwał go z niebytu o szóstej rano. Słowo obijało mu się we wnętrzu czaszki ponurym echem, nie dając skupić myśli. Podniósł się i włączył telewizor. To był jego codzienny rytuał. Nie patrzył tak naprawdę w ekran ani nie skupiał się na dźwięku, po prostu coś musiało trajkotać. Od dawna już i tak telewizja nie puszczała niczego oprócz kiepskich filmów, ponurych i przygnębiających wiadomości, odmóżdżających teleturniejów i dziesiątek, setek reklam, namawiających do wszystkiego. Akurat trafił na wiadomości. Blond panienka, która sprawiała wrażenie, że miałaby poważny problem z zapamiętaniem swojego nazwiska, Żanetta ktośtam, referowała wydarzenia na świecie.

— …Grupa terrorystyczna związana z sektą „Najwyższe Prawo Świata“ ogłosiła, że przy źródłach rzek na całym świecie umieszczono ładunki wybuchowe z silnie trującymi substancjami oraz bronią bakteriologiczną. Rządowi doradcy szacują, że w przypadku odpalenia bomb zatruciu ulegnie około trzydzieści procent…

Jerzy przełączył kanał. Co go to obchodziło? Od co najmniej kilkudziesięciu lat rzekami i tak płynęły tylko ścieki. Jeszcze jedna substancja w tę czy we w tę, co za różnica. Na ekranie kolejna cycata blondyna ze sztucznym uśmiechem pokazywała jakieś kompletnie bezsensowne ćwiczenia, dzięki którym tłuste kury domowe miałyby stać się piękne, szczupłe i powabne.

Odłożył pilota i powlókł sie do łazienki. Przeszedł do kuchni nastawiając czajnik i przygotowując sobie kawę. Otworzył lodówkę i wyjął z niej margarynę i klocek taniej tyrolskiej. Zrobił sobie cztery kanapki i siadł przy stole.

Jadł patrząc w telewizor. Cycatą blondynkę, zastąpiła inna cycata, tym razem brunetka, która usiłowała prowadzić rozmowę z cycatą blondynką z jakiegoś zespołu muzycznego. Każde zdanie obu kobiet ociekało infantylnością. Jerzy przełączył kanał. Reportaż z pola bitwy. Dzielny reporter opisywał tragiczne wydarzenia w jakimś zadupiu, gdzie lokalny kacyk postanowił wyrżnąć w pień ludność jakiejś wioski bo cośtam. Klik. Kolejny kanał. Biedne głodne dzieci w obozie dla uchodźców smutno patrzyły w obiektyw kamery. Klik. Blond dziewczyna kręci zadkiem w rytm tępego umc-umc jakiejś składanej z sampli pseudomuzyki. Klik. Kup najnowszy model… Klik. Tylko „Bielmo“ wypierze wszystko w temperaturze… Klik.

Każdy kolejny kanał przedstawiał coś, co było albo głupie, albo tak śmiertelnie poważne i tak poruszające jak tylko mogło się dać. Jerzy jadł i popijał kęsy kawą przestając w końcu zwracać uwagę na przepływające po ekranie obrazy.

Na jednym z kanałów była tylko twarz. Wypełniała cały ekran i wydawała się patrzeć wprost na niego. Usta poruszały się, jakby coś mówiły, jednak nie było dźwięku, a Jerzy nie potrafił czytać z ruchu warg. Twarz była stara. Niebieskie oczy okolone siatką głębokich zmarszczek patrzyły przenikliwie, ale jednocześnie jakoś smutno. Pewnie znowu jakiś cholerny bioenergoterapeuta, pomyślał Jerzy. Spróbował przełączyć kanał, lecz na następnym też była ta twarz. I na kolejnym i następnym. Wyglądało to jakby wszystkie stacje na raz zaczęły nadawać tego starego, siwego faceta.

Jerzy przestał przełączać kanały i patrzył w osobnika na ekranie. Usta cały czas poruszały się bezgłośnie. Gdzieś w kącie mózgu pojawiła się myśl, że ta twarz wygląda znajomo.

…odłączyć…

Coś w oczach, coś w kształcie warg, w układzie zmarszczek, coś w uczesaniu sprawiało wrażenie, że człowiek z ekranu telewizora nie jest obcy. Gdzie on już go widział? Kiedy? I dlaczego…

…odłączyć…

…znowu pojawia mu się w myślach to odłączenie?

Twarz w telewizorze zaczęła się rozmywać w szumie zakłóceń. Chwilę później na ekranie pojawił się jakiś bezsensowny teleturniej, w którym gwiazdy telenowel miały robić coś bezdennie głupiego, a potem miały być oceniane przez jury złożone z kilku tępawych dziewczyn.

Jerzy wyłączył telewizor. Musiał wychodzić, bo spóźni się do pracy. Miał dziesięć minut, żeby zdążyć na autobus, inaczej spóźni się i znowu będzie musiał wysłuchać tyrady swojego szefa.

Wyszedł z mieszkania i poczłapał w stronę przystanku. W miarę oddalania się od bloku wspomnienie twarzy na ekranie blakło i po jakimś czasie przestał już myśleć o dziwnie znajomym starcu. Mimo to, wrażenie, że znał skądś tę twarz kłuło namolnie gdzieś w kącie umysłu.

Miasto było szare. Bloki co prawda były pomalowane w różne kolory, a trawa w tym roku była wyjątkowo soczysta i pięknie zieleniła trawniki, to jednak przy bliższym spojrzeniu okazywało się, że bloki, choć kolorowe, są brudne, a zieleń jest jakaś inna, nie taka, chora. Miasto wydawało się być radosne, lecz dawało się wyczuć, że ta wesołość jest fałszywa, sztuczna.

Jerzy idąc spojrzał w jakiś zaułek. Dwóch skinów kopało jakiegoś menela. Obok niego przeszło dwóch policjantów, nie zwracając uwagi na to co się działo. Jerzy też nawet się nie zatrzymał. Co go to obchodziło?

Dotarł do przystanku, spojrzał na zegarek. Do przyjazdu autobusu miał jeszcze ze dwie minuty, zakładając oczywiście, że nie okaże się, że autobus był cztery minuty temu, bo tak wyszło kierowcy. Stał bezmyślnie rozglądając się wokoło. Po drugiej stronie ulicy jakiś wariat darł się o proroctwach i wykrzykiwał jakieś wycięte z kontekstu cytaty z biblii.

— …a teraz, królowie, zrozumcie, nauczcie się sędziowie Ziemi — krzyczał. — Służcie panu z bojaźnią i jego nogi z drżeniem całujcie, bo zapłonie On gniewem i poginiecie w drodze, gdyż gniew Jego prędko wybucha…

Jerzy przestał zwracać uwagę na religijnego fanatyka. Z daleka widział już autobus, który w kłębach dymu zbliżał się do przystanku.

Nagle do Jerzego podbiegł jakiś bezdomny. Był brudny, zarośnięty i miał rozbiegany wzrok. Rzucił się na stojącego i Jerzy mógł poczuć odór od dawna nie mytych i zapewne mocno zepsutych zębów.

— Obudź się! — wrzasnął menel łapiąc Jerzego za klapy marynarki. — Obudź się!

Ni stąd ni z owąd pojawiło się nagle dwóch policjantów, którzy wcześniej minęli go przy zaułku. Złapali bezdomnego i bezceremonialnie rzucili go na chodnik. Wyjęli pałki i bez słowa zaczęli okładać lumpa na odlew. Jerzy milczał. Co go to obchodziło? Musiał dojechać do pracy, a autobus właśnie dał sygnał zamykania drzwi. W ostatniej chwili wskoczył na schodki i wcisnął się w tłum ludzi. Gdy autobus ruszył, kątem oka spojrzał na przystanek. Policjanci nadal bili bezdomnego, dodatkowo kopiąc go gdzie popadnie. Jerzemu przez chwilę wydawało się, że to nie policjanci, ale skini z zaułka, lecz mundury wyraźnie wskazywały na funkcjonariuszy służb ochrony porządku publicznego. No i przecież bronili porządku, pomyślał, kto wie, co mógł mu zrobić ten szurnięty menel. Zresztą, co go obchodził los jakiegoś pijaka?

Do budynku urzędu dojechał punktualnie, co w przypadku komunikacji miejskiej wcale nie było regułą. Przy wejściu, przyłożył rękę do czytnika i komputer zarządzający otworzył drzwi po zeskanowaniu informacji z implantu. Jerzy pomyślał o tych wszystkich durniach, którzy wszczepiali sobie IDChip w inne miejsca, czoło, ramię, piersi. Ciekawe jak oni potem z nich korzystają, na przykład w sklepie? Ostatnio słyszał nawet o jakimś człowieku, który kazał sobie umieścić IDChip pod napletkiem. Jerzy wyobraził sobie faceta płacącego za bułki i parsknął. Znad kilku biurek podniosły się oczy pracowników, zdziwione tym bardzo skromnym przejawem wesołości.

Jerzy powlókł się do stanowiska. Wszedł do najbliższego wolnego boksu, jednego z dziesiątków takich samych na tym piętrze. System automatycznie odczytał zawartość IDChipa i załadował jego konto, jednocześnie rozgłaszając numer zajętego stanowiska. Chwilę później automatyczny wózek przywiózł dzisiejszą pracę.

Zajęcie było nudne, ale Jerzemu to w zupełności nie przeszkadzało. W pewnym sensie lubił tę pracę. Gdy zaczynał, dziwił się co prawda, że tak dużo ludzi ciągle używa papieru do komunikacji, jednak zdążył się przyzwyczaić. Jego zadaniem było kontrolowanie poprawności skanów przysyłanych dokumentów, a następnie pieczętowanie papierowych oryginałów i odsyłanie ich do spalarni. W dobie Centralnego Systemu Informatycznego i IDChipów, tony papierów zalegających półki były zbędne.

Jerzy systematycznie czytał każdy dokument i skan. Większość to były najróżniejsze podania o zasiłki albo dotacje. Mimo wszechobecnej propagandy dobrobytu, biednych wcale nie ubywało, a powszechna szczęśliwość z powodu uwolnienia ludzi, zastąpionych robotami i komputerami, od konieczności wykonywania większości prac, okazała się bzdurą. Odłożył podanie o zasiłek na piąte dziecko jakiejś rodziny, sprawdził jeszcze raz, czy OCR poprawnie rozpoznał wszystko i przywalił pieczątkę „do spalenia“.

Na ekran wczytał się kolejny dokument. Znowu podanie, tym razem o rozłożenie na raty zadłużenia mieszkaniowego. Sięgnął po kartkę i omal się nie przewrócił. Odwrócił się. W miejscu gdzie powinien stać wózek z papierami nie było nic. Wstał i cały boks nagle zniknął. Zniknęło wszystko. Ludzie, inne boksy, całe piętro budynku. Był tylko Jerzy, ciemność i wisząca swobodnie w powietrzu kartka podania o rozłożenie na raty. Mężczyzna obrócił się dookoła. Postąpił krok do przodu, starając się przeniknąć wzrokiem ciemność.

— O kurwa… — szepnął do siebie. Przez plecy przeszedł mu dreszcz. — Hej! — zawołał w mrok. — Heeej!

Odpowiedziała mu cisza. Nie było nawet echa czy jakiegokolwiek pogłosu, które świadczyłyby o obecności ścian. Wysunął ręce przed siebie starając się namacać coś. Cokolwiek. Jego biurko, ścianę boksu, terminal. Dłonie trafiły w pustkę. Fala lęku zalała umysł Jerzego. Wszechobecna ciemność zaczęła oddziaływać na jego zmysły. Zachwiał się i omal nie wywrócił. Zakręciło mu się w głowie.

— Co tu się wyrabia?! — krzyknął w ciemność. Żadnej odpowiedzi. Odwrócił się. W powietrzu nadal wisiała samotna kartka, lekko świecąc. No jasne, kurwa, że świeci, pomyślał, skoro mi odbija, to przynajmniej porządnie, no nie? Ta myśl podziałała trochę uspokajająco. Skoro mu odbija, to wszystko jest w porządku, jest właśnie w biurze i ma halucynacje. To jedyne sensowne wytłumaczenie.

Tekst na kartce zaczął się powoli rozmywać. Część liter blakła, a niektóre pozostały w swoich miejscach. Jerzy próbował odczytać to, co zostało na kartce. Momentalnie przypomniał mu się bezdomny na przystanku. Przerażenie podpełzło mu do gardła. Bezładnie rozrzucone na kartce litery składały się w dwa słowa i choćby nie wiem jak się gimnastykował, nic innego nie przychodziło mu do głowy. „Obudź się!“

— Co tu się, kurwa, wyrabia?! — wrzasknął piskliwie i cofnął się o krok i jeszcze krok i jeszcze jeden, aż uderzył tyłkiem o blat swojego biurka. Świat wrócił na miejsce tak nagle, że Jerzy musiał zmrużyć oczy, gdy ciemność zamieniła się w zalane światłem biuro. Wózek stał na swoim miejscu, na wierzchu wciąż leżało podanie o rozłożenie na raty, a na ekranie wyświetlała się jego elektroniczna wersja. Podniósł kartkę i obejrzał ją dokładnie. Przez chwilę odniósł wrażenie, że część liter nadal jest jakby przyblaknięta, ale to było jedynie złudzenie. Klapnął ciężko na krzesło i zamknął oczy. To tylko halucynacja, pomyślał. Rozejrzał się jeszcze, czy jego zachowanie nie wzbudziło sensacji, ale wszyscy inni współpracownicy pogrążeni byli w swojej, równie nudnej, pracy.

Terminal zapiszczał ostrzegawczo włączając jednocześnie żółte mrugające światło. Jerzy musiał wrócić do pracy. System odnotował przestój na stanowisku bez zgłoszenia jego opuszczenia i zareagował przywołując pracownika sygnałem dźwiękowym. Jeśli zaraz nie ruszy roboty, to komputer zawiadomi szefostwo i Jerzy będzie miał nieprzyjemności. Natychmiast pogrążył się w pracy, starając się zapomnieć o dziwnym odlocie jaki mu się przytrafił.

Pracę skończył około piętnastej, lecz gdy wychodził, już zaczynało zmierzchać. Było późne lato, więc to nie było normalne, ale ostatnio na świecie było coraz mniej normalności i Jerzy nauczył się już żyć z coraz to nowymi odchyłkami od tego, co powszechnie było uznawane za normę. Nienaturalne skracanie dnia obserwowano już od kilku tygodni.

— Wszystko się jebie — mruknął pod nosem. — Nawet natura.

Stojąc na przystanku z nudów czytał wywieszoną w gablotce na kiosku gazetę. Artykuł na pierwszej stronie opisywał jak naukowcy się spierali o przyczyny nienormalnego stosunku dnia i nocy. Jedni zawzięcie twierdzili, że przyśpiesza ruch obrotowy planety, inni starali się zdezawuować te teorie zauważając, że w takim wypadku noc również powinna się skracać, a noc wręcz przeciwnie, wydłuża się. Jakiś profesor wysnuł teorię, że to sygnał zbliżającego się przeskoku biegunów magnetycznych, a jakaś szurnięta sekta zaczęła głosić, że to znak od istot światła, które przybyły by zabrać wybrańców do raju.

Co za bzdury, pomyślał Jerzy. Co za różnica dlaczego tak się dzieje? Dzieje się i tyle i trzeba będzie się nauczyć żyć z tym nowym gównem, więc zamiast bić pianę zajęliby się czymś pożytecznym, jak wynalezienie bezbateryjnej latarki albo coś.

=-=-=-=-=
Powered by Blogilo

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s