Nawigator

Collins siedział i bez entuzjazmu przeżuwał swoją rację polową. Smakowała niczym rozmoknięta na papkę tektura, ale ponoć była pożywna, pełna protein, witamin, białka, błonnika i wszystkiego, co dowództwo floty uznało za zdrowe. Niestety ktoś akceptujący zapomniał, że można było dodać do tego choć trochę jakiegoś smaku, albo było to znowu niezgodne z jakąś megadyrektywą, chroniącą diabli wiedzą jaką grupę wyznaniową przed dyskryminacją na przykład przez dodanie soli i odrobiny jakiegoś sztucznego aromatu. Obok porcji leżał energobaton, tym razem dla odmiany przesłodzona do mdłości kostka szaroburej substancji o konsystencji plasteliny, mająca dostarczyć niezbędnej do pracy energii.

W mesie panował ruch. Załoga kręciła się we wszystkie strony sprawiając wrażenie, że jest ich dwa razy więcej niż w rzeczywistości. Spojrzał po ludziach, byli tu prawie wszyscy, z wyjątkiem kapitana i O’Riley. Ruch, gwar, rzucane w powietrze żarty i narzekanki na suchy prowiant.

Collins nie włączał się w rozmowy. Wolał słuchać. Załoga zdążyła się już przyzwyczaić, że pierwszy oficer nie należy do ludzi rozmownych i nie ma sensu wciągać go na siłę w pogaduchy o bzdurach. W takich sytuacjach zawsze zbywał rozmówcę półsłówkami i przytakiwaniem, wypowiadając się szerzej tylko wtedy, gdy sam o tym zadecydował. Choć przydało mu to opinii mruka, nie przeszkadzało mu to.

Dokończył swoją rację, złapał energobatona i rzucając jakąś zdawkową uwagę wyszedł z mesy i przeszedł na mostek. Ciężko klapnął na fotel przy pulpicie nawigatora i włączył główny ekran. Sięgnął ręką do zagłówka i wyciągnął z niego przewód zakończony okrągłą wtyczką. Krytycznie obejrzał styki, poczym zdmuchnął z nich nieistniejący kurz, oparł się wygodnie i podłączył wtyczkę do gniazda za lewym uchem. Z przyzwyczajenia zamknął oczy. Zwykle ludzie nie lubili oglądać człowieka, który siedzi z otwartymi oczyma i nic nie widzi, ani się nie porusza, dlatego wolał wyglądać jakby spał. Wcisnął kilka przycisków na pulpicie, rzeczywista przestrzeń przestała istnieć, gdy komputer wygenerował własny substytut.

Collins unosił się wśród czerni, przetykanej pojedynczymi punktami gwiazd. Przed sobą widział trójwymiarowy model statku, od którego odchodziły gałęzie z porozwieszanymi na nich obiektami zawierającymi opisy i opcje interfejsu. Wyciągnął dłoń i złapał czerwony sześcian opisany jako automatyczny dziennik lotu. Złapał kostkę za górną i dolną krawędź i przekręcił połówki, po czym zostawił obiekt przed sobą. Wcisnął kilka przycisków wywołując przegląd lotu z zaznaczonymi punktami, w których dokonywane były korekty lub zaszły zdarzenia, którym powinien się przyjrzeć. Porównał jeszcze projektowany na ziemi kurs, z rzeczywistym, po czym skopiował wartość odchyłki do osobistego dziennika.

Nawigator odepchnął pulpit, który zwinął się w kostkę i wrócił na swoją gałąź, po czym odwrócił się w stronę centrum systemu planetarnego i zlokalizował planetę, na którą zmierzali. Wywołał system trasowania i skonstruował kilka potencjalnych torów lotu, po czym zapisał parametry każdego z nich w oddzielnych plikach.

Na obecną chwilę jego praca się skończyła. Wyciągnał rękę w próżnię, po czym wykonał ruch jakby pukał palcem w niewidzialną ścianę. Fragment symulowanego kosmosu rozjarzył się i wysunął się z niego walec ze świecącą klawiaturą, nad którą rozwinął się niewielki ekran z monitem proszącym o hasło. To co robił nie było całkiem legalne, ale nie potrafił się powstrzymać. To był jeden z jego tajnych nałogów. Wpisał hasło, po czym uruchomił mały program maskujący. Od tej pory dla dziennika systemu nawigacyjnego był niewidoczny, a dokładniej w tym momencie w dzienniku zapisywane były standardowe czynności kontrolne.

Upewnił się, że zapisy są prawidłowe, po czym uruchomił inny podprogram, który przełączał system zewnętrznych czujników statku do jego kory mózgowej. Wirtualny świat zniknął gdy nieprzetworzone dane zalały jego mózg. Od tej chwili, sensory okrętu były jego zmysłami, słuch, wzrok, smak, dotyk, to wszystko zostało zastąpione odbiornikami podczerwieni, antenami radarów i czujnikami radiacji. Jakby sam był statkiem albo kawałkiem kosmosu. Widział promieniowanie reliktowe, słyszał protuberancje na powierzchni gwiazdy, każde uderzenie cięższej cząstki w kadłub czuł jak ukłucie niedużej szpilki. Czuł ekstazę. Był tysiącami ton stali pędzącymi przez pustkę, słuchał światła gwiazd odbieranego przez teleskopy.

Jednocześnie po raz pierwszy odkąd zaczął podłączać się do czujników, poczuł, że coś się nie zgadza. Gdziekolwiek byli, zawsze w przestrzeni było głośno, ruchliwie i jasno od setek nakładających się na siebie sygnałów, transmisji, przelatującego kosmicznego śmiecia, czy nawet goniących do najdalszych zakątków przestrzeni sygnałów dawnych systemów telewizyjnych. Tutaj panowała cisza i pustka. Tylko cichy szum promieniowania i wybuchy na gwieździe. Nie potrafił odnaleźć nawet typowego dla układów planetarnych pyłu i kosmicznego gruzu latającego w przestrzeni. Zupełnie jakby cały system był otoczony bańką przepuszczającą tylko niektóre fragmenty kosmosu. Pustka, cisza i jakieś nieokreślone uczucie gdzieś na granicy percepcji. Dziwne, ale jednocześnie znajome, dochodzące zewsząd i próbujące wcisnąć się w mózg.

Obudził się na fotelu. Na ekranie migała ikona programu „budzika”, pilnującego, żeby nie siedział za długo na czujnikach. Sprawdził, czy coś zostało po jego eskapadzie, po czym zamknął terminal. Do odprawy zostało jeszcze kilkanaście minut.

Wychodząc z mostka spojrzał jeszcze przez iluminatory. Po plecach przebiegł mu dreszcz. Dlaczego poczuł samotność i smutek?

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s