Otwarcie

Światła statku zaczęły się jarzyć. Na początku tylko trochę, by po kilku minutach rozgrzewania żarników, zaświecić połową swojej nominalnej mocy. Temperatura korytarzy powoli podnosiła się, posłuszna programowi wybudzania. Ciszę pustych przejść mąciło jedynie tykanie rozszerzających się od ciepła fragmentów kadłuba.

Lampy komory hibernatora świeciły jeszcze słabiej. Komputer dobrał poziom oświetlenia poszczególnych pomieszczeń, żeby jak najbardziej ułatwić adaptację obudzonej po dwuletnim śnie załogi. Monitory przy kojach mrugały w niemal całkowitej ciemności uspokajającą zielenią. Zamknięci w stalowych sarkofagach ludzie żyli i wszystko odbywało się zgodnie z procedurami.

Jasność pomieszczenia zwiększyła się nieznacznie, a górne płyty komór hibernacyjnych wsunęły się z sykiem w korpus urządzenia. Kilka chwil później, z jednego z nich dało się słyszeć ciche westchnienie.

Collins powoli usiadł krzywiąc się i postękując. Bolały go mięśnie i kości. Na próbę poruszył językiem i skrzywił się czując w ustach ohydny smak. Powoli otworzył oczy, przygotowany na ból, jednak w pomieszczeniu panował przyjemny półmrok. Ziewnął rozdzierająco i spróbował się przeciągnąć, jednak natychmiast przerwał wydając stłumiony jęk.

— Ja pierdolę… — dobiegło go gdzieś z boku. — Nie będzie odleżyn, co? W hibernacji nie ma prawa być odleżyn. Taaa… To czemu, kurwa, czuję się jakbym dwa lata leżał rozciągnięty na desce?

Jansson jak zawsze zaczął od marudzenia. Gdyby kiedyś było inaczej, pomyślał Collins, trzeba byłoby zacząć się martwić.

Krzywiąc się, Collins spuścił nogi na podłogę i sięgnął po pojemnik z izotonikiem. Pociągnał łyk.

— Jeeezu, co za gówno. Czy mi się tylko wydaje, czy z rejsu na rejs ta nafta jest coraz gorsza? Przysiągłbym…

— To nie napój jest gorszy, Jansson, tylko twój język gnije od gadania głupot. — Głos kapitana przerwał tyradę astronauty. Ludzie widzący Scotta Pulasky’ego pierwszy raz zwykle nie mogli uwierzyć, że ten człowiek ma już prawie pięćdziesiąt lat. Wysoki, dobrze umięśniony, jednak jeszcze nie tyle, żeby wyglądać jak napakowany koksem kulturysta. O jego wieku świadczyły tylko pojedyńcze siwe włosy w krótko przyciętej, hebanowej czuprynie. Pociągłą, przystojną twarz, na którą nawet w tym wieku leciały panienki, zdobił prosty nos i błyszczące inteligencją oczy, których wykrój sugerował naleciałości azjatyckie. Te oczy… Gdy kapitan na niego patrzył, Collins zawsze miał wrażenie, że dowódca widzi nie tylko jego, ale patrzy mu prosto w duszę, widząc każdą skazę, każde kłamstwo i wymówkę, jaką mógłby przygotowywać sobie w głowie podwładny.

Collins otrząsnął się ze swoich myśli. Łyknął jeszcze gęstego, przypominającego w smaku rozmokniętą tekturę (przynajmniej tak to zawsze odbierał Collins), płynu i wstał. Podłoga przyjemnie grzała w stopy.

— Dobra panie i panowie astronauci — powiedział kapitan. — Wyspali się wszyscy, to teraz ruszać tyłki i pod prysznic. Za dwie godziny wszyscy na stanowiskach. Odprawa o 14.00. Ruchy ludzie, ruchy!

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s