Czyli film Michaela Baya “Wyspa”. Film, którego mi żal. A dokładniej żal zmarnowanego potencjału. Bo z tego pomysłu (choć przecież w żadnym wypadku nie nowego), można było wycisnąć znacznie znacznie więcej.
<Attention! Spoiler alert!!!>
Na fali dyskusji publicznej o etyczności hodowli klonów bez głowy jako magazynów organów do transplantacji, z “Wyspy” można było zrobić naprawdę poruszający obraz. Obraz, który zrobi widzowi emocjonalne kuku i zamieni go w galaretkę smutku i przygnębienia. Niektóre sceny z filmu, jak chociażby scena śmierci Limy Jeden Alfa pokazują, czy Starkweathera Dwa Delta, jak niewiele brakowało do tego, by był to film, który zapadłby w pamięć.
Niestety wszystko rozmywa się w wybuchach, strzelaninach i pościgach, przywalonych najcięższym kalibrem product placementu. Dodatkowo wszystko sklecone tak, że kołek na którym zawieszamy logikę podczas oglądania trzeszczy by wreszcie złamać się z wielkim hukiem (niech ktoś mi sensownie wytłumaczy co w świecie gdzie od lat pociągi jeżdżą na poduszce magnetycznej, robi ciężarówka pełna zestawów kołowych do wagonów i kto programował kierowcę/komputer nią sterujący, że gubiąc tak kłopotliwy towar ciężarówka owa nie staje, żeby chociaż sprawdzić WTF się dzieje???). Oczywiście problem polega też na tym, że gdyby zachować wszelkie rygory logiki i sensu, to głównym bohaterom w życiu nie udałoby się wydostać z ośrodka, ewentualnie zostaliby zdjęci w pięć minut po jego opuszczeniu.
Innymi słowy wielka, wielka szkoda, bo zamiast poruszającego filmu, w którym co najwyżej od czasu do czasu uśmiechnęlibyśmy się do lekkiego nagięcia sensowności wydarzeń, dostajemy kilka mocnych scen, przeplatanych serią facepalmów, których echo niesie się naprawdę bardzo daleko.



