Z kosmosu wprost w głębinę

16 02 2011

Próbowałem ostatnio dwie książki o tematyce kosmicznej: “Gwiazda Pandory” Petera Hamiltona oraz “Pierścień” Larry’ego Nivena. Z niejakim zdziwieniem zdałem sobie sprawę, że te dwie powieści mnie kompletnie nie wciągnęły. Żeby nie powiedzieć, że męczyłem się nie co z nimi, aż wreszcie sobie odpuściłem. Częściowo może to wynikać z braku możliwości dłuższego przysiądnięcia nad nimi, a częściowo, wychodzi na to, że zmienił mi się gust. Odbieram to z niejakim smutkiem, bo bardzo lubiłem “opowieści o kosmicznych podróżach”, a tu jednak nie zażarło. Wszystko jakoś przechodziło obok mnie i nawet nie pomogły polecenia innych. No nie trafiły do mnie te książki i już.

Dla zmiany klimatu (i na bazie radosnego oczekiwania na polskie wydanie) postanowiłem więc dokończyć sobie ryfciarską trylogię Petera Wattsa (jak już pisałem, dostępną na stronie autora w oryginale na licencji CC). To co lubię u Wattsa, to niesamowici bohaterowie. Zarówno w Starfish, jak i w wydanym u nas “Ślepowidzeniu” nie ma czegoś takiego jak bohater “zwykły”. Postacie ciągnące te książki są inne, dziwne, nieszablonowe. To wyrzutki, osoby których nie da się podciągnąć pod kategorię “normalne”. Watts  pokazuje jednak, że ludzie ci, w “normalnym społeczeństwie” wywaleni poza margines, są tak naprawdę tacy sami jak my, a nawet niejednokrotnie lepsi. A nawet jeśli nie, to w jego powieściach zdecydowanie bardziej ciekawi. Szkoda tylko że mój langłydż podrdzewiał.





O Diunie bla bla bla

27 01 2011

Poczytuję sobie dwie książki obecnie. W domu, po raz niewiadomoktórynasty chłonę "Diunę" Franka Herberta. Podczas drogi do pracy natomiast wsiąkam w świat pierwszrgo tomu "Gwiazdy Pandory" Petera F. Hamiltona. Książki zasadniczo nieporównywalne, chociażby z tego powodu, że dzieli je przepaść czterdziestu lat. I gdy tak sobie czytam i czytam, to stwierdzam, że mimo swojego wieku, mimo wszystkich wad, jakie można tej powieści wyciągnąć, mimo niejednokrotnie sztucznych i drętwych dialogów, obcowanie z Diuną przysparza mi znacznie więcej przyjemności. Może to po prostu sentyment, ale w książce Herberta jest coś, co sprawia, że chcę wracać do tego świata, do tych bohaterów do ich przygód. Do Atrydów, Harkonnenów, Fremenów, Bene Gesserit, Gildii Kosmicznej. Do Leto, Paula, Jessiki, Imperatora i czerwi pustyni. Jest w tej historii jakaś magia, która potrafi bardzo silnie oczarować mnie jako czytelnika, wryć się w pamięć, dzięki czemu nawet po miesiącach od lektury pamięta się poszczególne wydarzenia, kwestie wypowiedziane przez bohaterów, miejsca.

Hamilton jak na razie nie ma takiej siły. Jest to dobra książka, ale jakoś nie wzbudza we mnie takich emocji jak Diuna. Ale w sumie jeszcze jej nie skończyłem.

A może to tylko moje wewnętrzne dziecko daje się za każdym razem ponieść zakamuflowanej w powieści o Arrakis baśni? A gdy tej baśni, opowieści o walecznych rycerzach, szlachetnych książętach, podłych despotach, zabraknie to samo dziecko czuje się niezaspokojone? A może po prostu Diuna to zwyczajnie lepsza książka?








Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.