Wiosna

26 03 2012

Ano wiosna się nam rozbuchała i w związku z tym się pozmieniało. Ponieważ z racji coraz lepszej pogody nie jeżdżę już autobusami, to ewidentnie spadnie mi średnia czytelnicza. Ale za to znowu pewnie zacznę jeździć w różne okolice, w związku z czym może będzie i chęć do opisywania ciekawych miejsc do zwiedzenia za pomocą dwóch kółek.

W kwestiach literackich, skończyłem właśnie po raz drugi Accelerando Charlesa Strossa. Książkę mocną, próbującą przewidywać jak może się potoczyć przyszłość rodzaju ludzkiego w tym stuleciu. Powieść zawiera mnóstwo fascynujących pomysłów wysuniętych z obserwacji obecnych trendów w rozwoju, choć czasem ma się wrażenie (szczególnie czytając z pozycji naszego rodzimego grajdołka), że Stross troszeczkę przestrzelił z prognozami. A na pewno z tempem rozwoju jakie w książce opisuje. Oczywiście to tylko moje takie blebleble, bo w sumie zobaczymy jak to będzie. Przyjdzie ta osobliwość, czy nie przyjdzie? A może już jest, tylk0 my, motyla noga, nie widzimy?

No i teraz będę miał problem znowu z wyborem dalszej lektury, bo czasu mniej to i staranniej trzeba wybierać. Z jednej strony, Chochoły Szostaka, zaczęte i odłożone. Z drugiej strony Orbitowski i jego dwie książki, które dzisiaj zasiliły biblioteczkę. Z trzeciej wszystkie te książki, które mnie z jakichś powodów przygniotły, lub odstręczyły od siebie typu Delirium w Tharsys (opcja 1), lub Dżihad Butleriański (opcja 2).  Nie powinienem pewnie się nimi zajmować, ale mimo wszystko gdzieś z tyłu czaszki pulsuje przekonanie, że trzeba dać tym powieściom jeszcze szansę. Szczególnie tym, które uznałem za złe jak właśnie Dżihad, na którą to mam ochotę wylewać coraz to nowe i nowe kubły pomyj. Dwa razy podchodziłem i dwa razy odpadłem z wyprażonym mózgiem, ale może za trzecim razem? Może wtedy zobaczę w tej książce nie tylko smętną podróbkę oryginalnej Diuny Franka Herberta, pisaną topornym językiem, męczącą i nudną, ale coś, co w powieściach jego syna i Kevina J. Andersona wypatrzyli recenzenci? Cokolwiek by to miało być… Może to wcale nie jest taka zła powieść, może bohaterowie tylko wydają się być tacy bezdennie głupi i pompatyczni, tylko ja jestem jakiś ślepy.





O Diunie bla bla bla

27 01 2011

Poczytuję sobie dwie książki obecnie. W domu, po raz niewiadomoktórynasty chłonę "Diunę" Franka Herberta. Podczas drogi do pracy natomiast wsiąkam w świat pierwszrgo tomu "Gwiazdy Pandory" Petera F. Hamiltona. Książki zasadniczo nieporównywalne, chociażby z tego powodu, że dzieli je przepaść czterdziestu lat. I gdy tak sobie czytam i czytam, to stwierdzam, że mimo swojego wieku, mimo wszystkich wad, jakie można tej powieści wyciągnąć, mimo niejednokrotnie sztucznych i drętwych dialogów, obcowanie z Diuną przysparza mi znacznie więcej przyjemności. Może to po prostu sentyment, ale w książce Herberta jest coś, co sprawia, że chcę wracać do tego świata, do tych bohaterów do ich przygód. Do Atrydów, Harkonnenów, Fremenów, Bene Gesserit, Gildii Kosmicznej. Do Leto, Paula, Jessiki, Imperatora i czerwi pustyni. Jest w tej historii jakaś magia, która potrafi bardzo silnie oczarować mnie jako czytelnika, wryć się w pamięć, dzięki czemu nawet po miesiącach od lektury pamięta się poszczególne wydarzenia, kwestie wypowiedziane przez bohaterów, miejsca.

Hamilton jak na razie nie ma takiej siły. Jest to dobra książka, ale jakoś nie wzbudza we mnie takich emocji jak Diuna. Ale w sumie jeszcze jej nie skończyłem.

A może to tylko moje wewnętrzne dziecko daje się za każdym razem ponieść zakamuflowanej w powieści o Arrakis baśni? A gdy tej baśni, opowieści o walecznych rycerzach, szlachetnych książętach, podłych despotach, zabraknie to samo dziecko czuje się niezaspokojone? A może po prostu Diuna to zwyczajnie lepsza książka?








Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.