Jansson w milczeniu zakładał skafander. Pomagająca mu Naoko Yamashita też nic nie mówiła, zajęta zapinaniem kolejnych złącz i podłączaniem przewodów. Czysta rutyna. Każdy ruch krótki i precyzyjny, zero miejsca na miotanie się po śluzie w poszukiwaniu tej lub innej części nieporęcznego ubioru.
Czytaj resztę wpisu »
Wyjście
23 11 2010Komentarze : Zostaw Komentarz »
Tagi: opowiadanie
Kategorie : Długopisem po śródstopiu
Horror… horror…
7 07 2010Czytam sobie w międzyczasie antologię opowiadań grozy. Czytam i czytam i jakoś się nie boję. Zastanawiam się, czy to ja już się tak znieczuliłem na pisany horror, czy zwyczajnie te opowiadania są pozbawione tego dreszczyku, napięcia i klimatu, który zapamiętałem z dawnych lat, kiedy zaczytywałem się horrorami. Mogę też zrzucić wszystko na Marka Huberatha, po lekturze którego trudno mówić o przejmujących horrorach. Co ciekawe, ani “Kara Większa”, ani “Gniazdo światów” czy “Wrócieeś Sneogg, wiedziaam” nie są horrorami, a przecież przerażają. Tak dogłębnie.
Sam też lubiłem swego czasu naskrobać jakąś popłuczynkę z gatunku szeroko rozumianej grozy i czasem nawet ludziom się podobały moje wypociny. Teraz też mnie naszło. Ale pewnie mi nie wyszło, zresztą poniżej możecie sobie poczytać i jak chcecie to skomentować. Dobre? Pewnie średnio
Labirynt
W całkowitej ciemności wszystko słychać lepiej. Szum krwi w uszach, szelest śmieci walających się po podłodze. Odgłos spadających z sufitu kropel brzmi jak wystrzał. Z każdym trzaskiem tynku odpadłego pod przyciśniętą do zmurszałej ściany ręką, serce zaczyna bić szybciej, adrenalina wali żyłami, mięśnie tężeją w oczekiwaniu na atak. Ale znowu nic się nie dzieje, a ty nadal po omacku przesuwasz się do przodu. Byle tylko się wydostać, byle uciec. Nie możesz biec, krew ściekająca na twarz, spuchnięta warga i przebita dłoń wyraźnie o tym świadczą. Nie da się biec po ciemku, w obcym rozpadającym się budynku, pełnym śmieci, gruzu, szkieł i wystających prętów. Zostało tylko pełznąć wzdłuż ściany i liczyć, że znajdzie się wyjście. Że budynek nie jest piętrowy i korytarz nie skończy się nagle niezabezpieczonym szybem, lub dziurą, przez którą polecisz, wiele pięter w dół, by spotkać śmierć na samym dnie. Wreszcie resztki, nadziei, że nie dopadnie cię wcześniej i nie skończysz jako rozszarpany kawał gnijącego ścierwa jak to, o które potknąłeś się dwa zakręty temu.
W tej chwili nie ma znaczenia, jak się tu znalazłeś. Dlaczego tu jesteś, kto cię tu umieścił i gdzie właściwie jesteś. Nie ma znaczenia, dlaczego nie ma nawet krztyny światła, ani jednego okna. Najważniejsze, to dotrzeć do wyjścia. O ile w ogóle stąd jest jakieś wyjście, ale tej myśli nie możesz dopuścić do umysłu, bo inaczej zostanie ci tylko położyć się na pokruszonej posadzce i czekać, aż przyjdzie. Jest wyjście! Musi być! Wiesz to, więc przesz naprzód, starając się za wszelką cenę uspokoić oddech i powstrzymać dygot całego ciała.
Trzask! Za tobą. Oglądasz się w stronę, z której doszedł dźwięk, usiłując przeniknąć absolutną czerń i instynktownie kulisz.
Zaraz się pojawi.
To koniec, już po tobie.
Serce przyspiesza, oddech staje się płytki, szum w uszach narasta, po plecach cieknie pot.
Nie.
Jeszcze nie teraz, jeszcze możesz się wydostać. Wstajesz i znów przyciskasz dłoń do ściany i suniesz naprzód nasłuchując.
Pod palcami czujesz obtłuczony kant. Zakręt. Trzymać się lewej ściany, lewej ściany. Cały czas trzymać się lewej ściany. Jeśli będziesz się trzymał lewej ściany wreszcie się wydostaniesz, bo z każdego labiryntu tak się da wyjść. Ręka sunie po osypującym się tynku i natrafia na coś mokrego i zimnego. To coś się wije. Cofasz się z krzykiem. Potykasz się o rozrzucone na podłodze śmieci, głowa uderza o ścianę, przez chwilę wydaje się być jasno. Potem nic nie czujesz.
Nie potrafisz stwierdzić, czy nadal śpisz, czy już się ocknąłeś. Czerń jest taka sama. Wydaje ci się, że oczy masz otwarte i że czujesz zapyloną, twardą posadzkę pod sobą. W głowie ci dzwoni od uderzenia. Próbujesz ruszyć ręką, ale ból wyrywa ci z płuc zduszony krzyk. Zaciskasz zęby i próbujesz wstać. Ból jest nie do wytrzymania, w przedramieniu czujesz coś dziwnego. Musiałeś nadziać się na coś upadając. Grunt, że żyjesz. Jeszcze cię nie dopadło. To znak, że ciągle masz szansę się wydostać. Obmacujesz przebitą rękę zdrową dłonią. Pręt, żebrowany. Cud, że nie rozerwał tętnicy i poszedł daleko od kości. Cały twój pobyt tutaj, składa się z cudów. Może sam Bóg nad tobą czuwa.
Zaciskasz zęby i powoli zdejmujesz przebitą rękę z pręta jednocześnie powstrzymując krzyk. Gdy schodzi, siadasz na posadzce ciężko dysząc. Mimo bólu zmuszasz się, żeby wstać i uspokoić oddech. Wsłuchujesz się w odgłosy dochodzące z atramentowej czerni. Cisza, odgłos spadającej kropli, cisza.
Wyciągasz rękę w bok i próbujesz namacać ścianę. Z prawej strony słyszysz chrzęst. Jakby ktoś nadepnął na pokruszony beton. Cichy syk-świst-syk-bulgot. Chłodny powiew śmierdzącego powietrza. Syk-świst-syk. Chrzęst kamieni.
Znowu czujesz adrenalinę napływającą do żył. Mięśnie spinają się do ucieczki, zapominasz o bólu i ranie w przedramieniu. Cofasz się i dotykasz chłodnego muru. Cofasz się o krok. Znowu podmuch, nieco silniejszy. Syk-świst-bulgot-syk. Coś jakby pomruk. Znowu chrzęst. Jakby ostrożne kroki po nieznanym gruncie.
Uciekać. Instynkt wrzeszczy, żęby czym prędzej uciekać, jak najdalej od śmierdzącego oddechu, od dźwięków zwiastujących niebezpieczeństwo.
Mlask. Świst-pomruk-syk.
Mimo wszystko stoisz nadal w miejscu. Zastanawiasz się, czy widzi w ciemnościach? Chyba nie, skoro porusza się tak powoli i ostrożnie. Może cię nie zauważy, jeśli będziesz cicho. Bardzo cicho. Jeśli skulisz się w jakimś kącie, zminimalizujesz, to przejdzie obok, odejdzie, pójdzie dalej.
Jednocześnie ciało wrzeszczy na ciebie każdym nerwem. Uciekaj głupcze! Odwróć się i biegnij! To twoja jedyna szansa.
Cofasz się o krok i przytulasz do ściany. Gruz pod twoją stopą chrzęści przeraźliwie głośno, po czym zalega cisza. Syczące dźwięki milkną tak jak odgłosy ostrożnego stąpania. Słyszysz już tylko łomot swojego serca, a jednocześnie zdajesz sobie sprawę, że to koniec. Nie masz już czasu zastanowić się, jakim cudem porusza się w ciemności tak szybko.
Komentarze : Zostaw Komentarz »
Tagi: horror, opowiadanie
Kategorie : Długopisem po śródstopiu
Jerzy
17 05 2010No cóż, jedna historia czeka na dokończenie, to może wrzucę inną, również niedokończoną i zrobię z tego blogaska muzeum opowiadań niedokończonych? Tak czy siak, wrzucam opowiadanie, które nie miało tytułu, a które roboczo nazwałem "Jerzy". Może kiedyś dokończę, choć pewnie wszyscy się już domyślają kto jest kim i jak to się skończy. Bez dalszego pitu pitu, chętniaków zapraszam do lektury.
Komentarze : Zostaw Komentarz »
Tagi: opowiadanie
Kategorie : Długopisem po śródstopiu
Odprawa
12 01 2010Większość załogi, na czele z kapitanem, zajęła już swoje miejsca w mesie. Wszyscy zawzięcie klikali jeszcze w klawiatury wysuniętych z blatu terminali. Collins klapnął na fotel obok dowódcy, chwilę później przyszedł Jansson. Równo o drugiej, kapitan przeniósł wzrok z ekranu komputera na załogę.
Komentarze : Komentarzy: 2 »
Tagi: opowiadanie
Kategorie : Długopisem po śródstopiu
Nawigator
6 01 2010Collins siedział i bez entuzjazmu przeżuwał swoją rację polową. Smakowała niczym rozmoknięta na papkę tektura, ale ponoć była pożywna, pełna protein, witamin, białka, błonnika i wszystkiego, co dowództwo floty uznało za zdrowe. Niestety ktoś akceptujący zapomniał, że można było dodać do tego choć trochę jakiegoś smaku, albo było to znowu niezgodne z jakąś megadyrektywą, chroniącą diabli wiedzą jaką grupę wyznaniową przed dyskryminacją na przykład przez dodanie soli i odrobiny jakiegoś sztucznego aromatu. Obok porcji leżał energobaton, tym razem dla odmiany przesłodzona do mdłości kostka szaroburej substancji o konsystencji plasteliny, mająca dostarczyć niezbędnej do pracy energii.
Czytaj resztę wpisu »
Komentarze : Zostaw Komentarz »
Tagi: opowiadanie
Kategorie : Długopisem po śródstopiu
Mesa
14 12 2009Nie wiem dlaczego wracam do tych wydarzeń. Przecież w moim wieku już więcej się nie pamięta, niż pamięta, a mimo dziur w mózgu poczynionych przez starość niektóre wydarzenia zostaną ze mną chyba do samego końca. Oby przyszedł jak najszybciej, bo nie wiem, czy dam radę wytrzymać z własnymi wspomnieniami. Najgorsze jest to, że gdy próbuję sobie coś przypomnieć dokładniej, to wszystko spowija mgła. Zostają fragmenty, strzępy, pojedyńcze obrazy, dźwięki, słowa, zdania urwane w połowie, zdania pomyślane… Krzyk… Wszystko wraca przeraźliwie jasno dopiero w nocy, gdy usiłuję zasnąć. Zalewa mnie fala myśli o tych kilku tygodniach sprzed ponad czterdziestu lat. To wszystko wraca i zamiast zasłużonego wypoczynku po całym dniu gapienia się holo (co innego zostało nam, starym dziadom?), zrywam się z łóżka z krzykiem i płaczem, tylko po to, żeby znowu odkryć mgłę, która momentalnie okrywa to, co wyrwało mnie ze snu. I znowu, choćbym nie wiem jak się starał, będę pamiętał tylko fragmenty, kawałki, odłupane z całości kamyki przetaczające się po mojej zramolałej głowie. I strach. To pamiętam bardzo dokładnie. To nigdy mnie już chyba nie opuści. Lęk, strach, przerażenie, mój towarzysz od czterdziestu lat z okładem, który nie pozwoli naprawdę zapomnieć. Do śmierci będzie mi towarzyszył i budził w nocy, a pielęgniarze z domu opieki będą musieli mi dawać mocne środki nasenne, żebym znów zasnął, tym razem narkotycznym snem bez marzeń, ale i bez odpoczynku. Może jeśli spiszę teraz to, co pamiętam, co kołacze się mi gdzieś w resztkach zwojów szarej tkanki, jakie zostały mi jeszcze w tym wieku, może wtedy lęk sobie pójdzie? Może przestanie czaić się pod skórą, jak jakiś jad wypełniający naczynka włosowate, gotów w odpowiednim momencie ruszyć w górę żył i tętnic, do serca, by stamtąd rozpełznąć się po całym ciele, dotrzeć do mózgu i zniszczyć to co zostało? Może wreszcie zasnę… Może wtedy będzie to ostatni sen i będę wolny.
Komentarze : Zostaw Komentarz »
Tagi: opowiadanie
Kategorie : Długopisem po śródstopiu
Wejście
9 12 2009Postękując i próbując z każdym krokiem rozruszać zastałe stawy, Collins podszedł do rzędu szafek i otworzył tę oznakowaną jego nazwiskiem. Powoli się rozebrał, wrzucając ubrania na sam dół, wyjął czystą bieliznę oraz ręcznik i powlókł się w stronę pryszniców. Sala natrysków była oświetlona nieco mocniej. Wsunął się do najbliższej kabiny, zawiesił ręcznik i wszedł do brodzika. Szybko się namoczył i natychmiast zamknął zawór. Nigdy nie rozumiał sensu reżimu wody na statkach tej klasy. Przecież i tak wszystkie ścieki, łącznie z moczem i kałem były przerabiane, a każda kropla wilgoci odzyskiwana. Całość krążyła w obiegu zamkniętym, a filtry i przewody były zrobione z materiałów tak dobranych, by utrata wody nie przekroczyła około stu mililitrów dziennie. A jednak procedura zostaje procedurą.
Komentarze : 1 komentarz »
Tagi: opowiadanie
Kategorie : Długopisem po śródstopiu
Otwarcie
1 12 2009Światła statku zaczęły się jarzyć. Na początku tylko trochę, by po kilku minutach rozgrzewania żarników, zaświecić połową swojej nominalnej mocy. Temperatura korytarzy powoli podnosiła się, posłuszna programowi wybudzania. Ciszę pustych przejść mąciło jedynie tykanie rozszerzających się od ciepła fragmentów kadłuba.
Lampy komory hibernatora świeciły jeszcze słabiej. Komputer dobrał poziom oświetlenia poszczególnych pomieszczeń, żeby jak najbardziej ułatwić adaptację obudzonej po dwuletnim śnie załogi. Monitory przy kojach mrugały w niemal całkowitej ciemności uspokajającą zielenią. Zamknięci w stalowych sarkofagach ludzie żyli i wszystko odbywało się zgodnie z procedurami.
Jasność pomieszczenia zwiększyła się nieznacznie, a górne płyty komór hibernacyjnych wsunęły się z sykiem w korpus urządzenia. Kilka chwil później, z jednego z nich dało się słyszeć ciche westchnienie.
Collins powoli usiadł krzywiąc się i postękując. Bolały go mięśnie i kości. Na próbę poruszył językiem i skrzywił się czując w ustach ohydny smak. Powoli otworzył oczy, przygotowany na ból, jednak w pomieszczeniu panował przyjemny półmrok. Ziewnął rozdzierająco i spróbował się przeciągnąć, jednak natychmiast przerwał wydając stłumiony jęk.
– Ja pierdolę… — dobiegło go gdzieś z boku. — Nie będzie odleżyn, co? W hibernacji nie ma prawa być odleżyn. Taaa… To czemu, kurwa, czuję się jakbym dwa lata leżał rozciągnięty na desce?
Jansson jak zawsze zaczął od marudzenia. Gdyby kiedyś było inaczej, pomyślał Collins, trzeba byłoby zacząć się martwić.
Krzywiąc się, Collins spuścił nogi na podłogę i sięgnął po pojemnik z izotonikiem. Pociągnał łyk.
– Jeeezu, co za gówno. Czy mi się tylko wydaje, czy z rejsu na rejs ta nafta jest coraz gorsza? Przysiągłbym…
– To nie napój jest gorszy, Jansson, tylko twój język gnije od gadania głupot. — Głos kapitana przerwał tyradę astronauty. Ludzie widzący Scotta Pulasky’ego pierwszy raz zwykle nie mogli uwierzyć, że ten człowiek ma już prawie pięćdziesiąt lat. Wysoki, dobrze umięśniony, jednak jeszcze nie tyle, żeby wyglądać jak napakowany koksem kulturysta. O jego wieku świadczyły tylko pojedyńcze siwe włosy w krótko przyciętej, hebanowej czuprynie. Pociągłą, przystojną twarz, na którą nawet w tym wieku leciały panienki, zdobił prosty nos i błyszczące inteligencją oczy, których wykrój sugerował naleciałości azjatyckie. Te oczy… Gdy kapitan na niego patrzył, Collins zawsze miał wrażenie, że dowódca widzi nie tylko jego, ale patrzy mu prosto w duszę, widząc każdą skazę, każde kłamstwo i wymówkę, jaką mógłby przygotowywać sobie w głowie podwładny.
Collins otrząsnął się ze swoich myśli. Łyknął jeszcze gęstego, przypominającego w smaku rozmokniętą tekturę (przynajmniej tak to zawsze odbierał Collins), płynu i wstał. Podłoga przyjemnie grzała w stopy.
– Dobra panie i panowie astronauci — powiedział kapitan. — Wyspali się wszyscy, to teraz ruszać tyłki i pod prysznic. Za dwie godziny wszyscy na stanowiskach. Odprawa o 14.00. Ruchy ludzie, ruchy!
Komentarze : Zostaw Komentarz »
Tagi: opowiadanie
Kategorie : Długopisem po śródstopiu
O mało co star trek
27 11 2009Nie tak całkiem dawno przypomniałem sobie fragment “Star Trek IV: Podróż do domu”. Był to jeden z tych star treków, w którym załoga Enterprise przenosiła się w czasie. Fragment o którym piszę, to ten, w którym Scotty i Bones idą do jakiegoś zakładu chemicznego, w którym pokazują właścicielowi fabryki (czy komuśtam) jak wygląda superwytrzymałe przeźroczyste aluminium. Po kilku próbach Scotty z wzgardliwym prychnięciem: “Keyboard? How quaint!” zaczyna klepać w klawisze i po kilku chwilach w programie (jak widać we fragmencie, okienkowym) pojawiają się różne struktury by w pewnym momencie (aż by się chciało powiedzieć “Tadaa!) zdziwionemy właścicielowi (czy komu tam), ukazuje się struktura cząstki przeźroczystego aluminium (Zainteresowanych odsyłam na youtube).
Uderzająca w tym fragmencie jest rozbrajająca naiwność całości. Już nawet nie chodzi o to, że facet w aplikacji okienkowej, randomalnie waląc w klawisze powoduje cuda-niewida, czy fakt, że każdy człowiek na Enterprise (i w ogóle w uniwersum ST) jest co najmniej doktorem habilitowanym w kilku lub kilkunastu dziedzinach, ale o fakt, że facet siada do komputera, sprzed prawie dwustu lat (w stosunku do niego) i w aplikacji, którą widzi pierwszy raz na oczy (również przestarzałą w stosunku do niego), modeluje nie wiadomo jak skomplikowaną strukturę. To jest oczywiście jedna z tych star trekowych rzeczy, które albo łyka się w całości razem z całym wszechświatem, albo razem z nim odrzuca. A czasem po prostu się ogląda z lekkim uśmiechem pobłażania na ustach, bo w końcu nie jest ważny taki duperel, tylko zabawa, którą cały ten film zapewnia.
Ja jednak idąc dzisiaj do pracy myślałem sobie, jak ta scena powinna wyglądać, żeby mieć choć pozory prawdopodobieństwa? Może coś w poniższym stylu, choć na dobrą sprawę pewnie to by było za długie.
Scotty spojrzał na właściciela fabryki i powoli powiedział:
– A co gdybyśmy powiedzieli, że znamy sposób by wytworzyć ścianę, która wykona to samo zadanie, ale mającą tylko cal grubości? Czy taka wiedza miałaby dla pana jakąś wartość?
Właściciela zatkało. Przez chwilę międlił w mózgu usłyszaną informację. Po czym parsknął i z politowaniem pokręcił głową.
– Żartujecie – rzucił z uśmiechem.
– Może profesor mógłby skorzystać z pańskiego komputera? — zagadnął od niechcenia Bones. Scotty z przerażeniem spojrzał na doktora. Podskoczył do niego gwałtownie i pociągnął go w kąt pokoju.
– Ej! Co?… — rzucił Bones.
– Odwaliło ci? Mam mu pokazać strukturę przeźroczystego aluminium na tym? — spytał ściszonym głosem Scotty wskazując stojącą na biurku stację roboczą.
– No tak, a co myślałeś? Że zaciągniemy go na pokład i tam mu wszystko pokażesz? Zwariowałeś? Siadaj i rób swoje. To przecież też komputer.
– Komputer?! — Scotty omal nie wrzasnął. — To nie komputer! To jakieś archaiczne liczydło! Ostatni raz takie widziałem, jak miałem 10 lat i ojciec zaciągnął mnie do izby historii instytutu informatyki. Równie dobrze mógłbym mu próbować to pokazać na kipu, albo za pomocą kolorowych paciorków i słomek!
Właściciel zaczął się niecierpliwić. Bones uśmiechnął się uspokajająco i szepnął do Scotty’ego:
– Nie jęcz mi tu teraz, siadaj i rób, jeśli musisz, użyj nawet kulek z nosa, ale pokaż mu to cholerstwo.
Scotty westchnął i z rezygnacją opadł na krzesło przed terminalem.
– Komputer! — zawołał w stronę ekranu. — Komputer!
Uparta stacja robocza nadal milczała wyświetlając tylko kilka tajemniczych okien. Bones podał Scotty’emu prostokątny przyrząd. Mikrofon na kablu… pomyślał mechanik. Jest gorzej niż sądziłem.
– Komputer! — zawołał kierując usta w stronę wystającej z myszy kulki.
Fabrykant był już wyjątkowo zniecierpliwiony.
– Klawiatura — rzucił. — Użyj pan klawiatury!
– Klawiatura… Może jeszcze rylcem na glinianych tabliczkach co? — warknął Scotty, ale na próbę kliknął kilka klawiszy. Aplikacja uruchomiona na ekranie nie zareagowała. — Macie tu może jakiś przyzwoity soft? Może holograficzny system modelowania submolekularnego? Cokolwiek oprócz tych prymitywnych hieroglifów? Może jakiś sensowny język programowania? Submol? Quark3000?
Irytacja wytwórcy rosła coraz szybciej.
– To najnowocześniejszy system modelowania na świecie! — warknął. — Ta stacja kosztowała nas kupę forsy i też jest nowością na rynku. Z języków programowania ma pan profesor do dyspozycji fortrana i C++. Ale mam już tego dosyć. Nie wiem kim jesteście i po co tu przyleźliście, ale informuję was, że nie mam czasu na te bzdury i za chwilę wzywam ochronę.
– Chwila, moment… — zawołał Bones odciągając Scotty’ego znowu na bok. — Co ty do cholery robisz? — warknął przyciszonym głosem. — Jeśli mu tego nie pokażemy, to możemy dać sobie spokój w ogóle i poszukać tu miejsca na zamieszkanie, bo nie będziemy mieli do czego wracać. O co ci chodzi?
– Jak mam mu wymodelować cząstkę, na tym archaicznym oprogramowaniu? To pewnie nie ma nawet możliwości regulowania energii wiązań! I co? Mam sobie sam napisać biblioteki, które to zrobią? W FORTRANIE? Ten język był przestarzały już kiedy go opracowywano! Nawet gdybym chciał, to ostatni raz widziałem ten język na studiach, uczyliśmy się go, żeby wiedzieć jak nie powinien wyglądać program komputerowy. Ta stacja nawet nie ma samoprogramowalnego systemu operacyjnego!
– Dobra. Co możesz zrobić?
Scotty westchnął i spojrzał w stronę komputera i coraz bardziej wkurzonego właściciela zakładu.
– Może mógłbym spróbować wymodelować kilka podstawowych merów, a potem spróbować sklecić jakąś procedurkę, która to poskleja do kupy, żeby dało się to w ogóle zwizualizować. Ale i tak będzie trzeba dużo się nagadać.
– Ile ci to zajmie?
– Na Enterprise pięć minut. Tutaj… bo ja wiem? godzinę? dwie?
Bones odwrócił się do właściciela.
– Dobra, proszę dać profesorowi godzinę, a pokażemy panu coś, na czym pan nie straci. Dobra?
Mężczyzna sam nie wiedząc dokładnie dlaczego, skinał tylko głową. Scotty natychmiast klapnął na krzesło i z westchnieniem zaczął przyglądać się wyświetlanemu na monitorze oprogramowaniu. Kilka chwil później już mniej więcej ogarniał jak działa ten prymitywny system i musiał przyznać, że faktycznie jak na swoje czasy musiał być dość przyzwoity. Gdy tylko załapał metodę pracy, świat przestał dla niego istnieć.
***
Po mniej więcej godzinie ostrego klepania w klawisze, przerywanego utyskiwaniami i cichymi przekleństwami, Scotty odsunął się od terminala rozmasowując dłonie.
– No dobra, zrobiłem co się dało. Lepiej nie będzie, a ty Bones, będziesz mi musiał zaordynować jakąś maść na palce. Nie klepałem tyle w klawisze od… Nigdy!
Właściciel poprawił na nosie okulary i spojrzał w ekran. Wyświetlała się na nim bardzo długa i skomplikowana cząstka. Przejrzał szybko model i obejrzał symulowane parametry materiału. Przez chwilę studiował wyniki i nie mógł się powstrzymać od otwarcia ust. Jeśli choć część z tego się potwierdzała, to mogła to być absolutna żyła złota.
– To…
– To jest właśnie to, co chcemy panu pokazać. Przeźroczyste aluminium — powiedział Scotty. — Model jest bardzo niedoskonały, ale na tym sprzęcie nic lepszego nie zrobię.
– Możecie mi dostarczyć próbkę?
– Dostanie pan nie tylko próbkę, ale i całkowity opis procesu technologicznego, w oparciu o pańskie urządzenia. Więc jak zainteresowany?
Komentarze : Zostaw Komentarz »
Kategorie : Długopisem po śródstopiu



