Nerwy jako środek dopingujący

25 08 2010

Planowałem dzisiaj spokojny przejazd turystyczny dookoła Zalewu Zemborzyckiego. Ogłosiłem nawet na forum Rowerowego Lublina odpowiednią ustawkę. Niestety rzeczywistość postanowiła niecnie pokrzyżować moje plany koniecznością dłuższego pozostania w pracy. Z obecności na ustawce nici (na szczęście obecni poradzili sobie beze mnie), ale postanowiłem tę porażkę odreagować więc jednak ruszyłem na rowerek. Ruszyłem z kopyta w złudnej nadziei, że a nuż mi się uda i dogonię ekipę z forum. Oczywiście daremne żale, próżny trud etc. etc. i ponad piętnastominutowe spóźnienie wymagałoby ode mnie silnika rakietowego w tyłku, żebym je nadrobił. Ponieważ jednak dysponuję jedynie siłą własnych flaków (które dla niepoznaki nazywają się mięśniami), nie dogoniłem i skazałem się na samotny przejazd. Koniec końców też było sympatycznie, chociaż noc zastała w miejscach kompletnie nieoświetlonych (przy okazji przetestowałem swoje oświetlenie – dwie diodowe lampki dają jednak ciut mało światła), a powrót odbył się w towarzystwie przemykających obok na trasie Lublin – Kraśnik samochodów.

Jak wyglądała trasa? Start spod Lubelskiego Klubu Jeździeckiego. Ścieżką rowerową ruszyłem ostro w stronę Zalewu cały czas łudząc się, że jednak dogonię forumowiczów (aha, aha). Nad zalewem przez tamę i znów na ścieżkę rowerową. Gdy ścieżka się skończyła ruszyłem żółtym szlakiem pieszym. Tu zaczęły się schody. Najpierw wywrotka i obdarte z lekka kolana, a następnie dwie o-mało-co wywrotki. Gdy już w mózgu zaczynały pojawiać się myśli, że może to Latający Potwór Spaghetti daje mi znać swą makaronową macką, że to nie jest dobry dzień na rower i lepiej bym zrobił zostając w domu trzasnął piwko, pobawił się z dzieckiem itp, nerwy kotłujące się od zakończenia dnia pracy wzięły górę, więc pokazałem makaronowej macce gest kozakiewicza i ruszyłem dalej. Dojechałem do ul. Cienistej, z której następnie skręciłem w prawo i następnie odbiłem w lewo i znów w prawo w ul. Tęczową. Z Tęczowej skręciłem w Pszczelą, a następnie koło cmentarza odbiłem w prawo w ulicę, której nazwy nie pamiętam. Tędy dojechałem do końca asfaltu i ruszyłem w stronę Starego Gaju. Gdy do niego już dojechałem zmierzchało już dość mocno, więc po rozważeniu wewnętrznym plusów i minusów* wyszło, że te drugie nie dały się przesłonić i odbiłem drogą polną całkowicie w stronę do Gaju przeciwną.

Ostatecznie już po ciemku wjechałem na asfalt i lokalnymi drogami dotarłem do Zemborzyc Tereszyńskich, skąd szosą nr 19 wróciłem do Lublina.

A co do tego wszystkiego mają nerwy? Otóż, kiedy człowiek jest wściekły to nerwy potrafią dać mu solidnego kopa. I osobiście to dzisiaj odczułem. Choć średnia prędkość ostatecznie pewnie nie była super duper, to miejscami chyba udało mi się wycisnąć trochę więcej niż moje typowe prędkości jazdy. No i koniec końców nerwy pozwoliły mi kontynuować jazdę mimo usilnych starań rzeczywistości, żeby mnie zniechęcić.

Z drugiej strony, chyba ciut przyjemniej byłoby się poturlać zupełnie na luzaku, tylko dla wypoczynku.

Trasę pamięciową dorzucę jutro.
———-
* z jednej strony samotna jazda po ciemku po lesie, z drugiej strony samotna jazda po ciemku po lesie, trudny wybór.





Obiecane fotki

24 08 2010

Żeby się nie dublować, to po prostu zalinkuję do galerii





Dwa parki, ale tylko w połowie

24 08 2010

Ostatni dzień urlopu okazał się łaskawy pogodowo, więc należało go odpowiednio wykorzystać. Najpierw rodzinna wycieczka do ogrodu botanicznego, a potem szybki wskok na siodełko i przed siebie. Plan był ambitny, ponieważ myślałem nad zahaczeniem dwóch parków krajobrazowych: kozłowieckiego i nadwieprzańskiego. Niestety ze względu na ograniczenie czasowe (chciałem wrócić przed dwudziestą, żeby nie jeździć po ciemku), a także na zgubienie w pewnym momencie drogi, plan został wykonany tylko w połowie. Trasa ostatecznie wyniosła ok. 54 km (wg google maps, bo nie dorobiłem się jeszcze licznika) i w przynajmniej połowie przebiegała drogami gruntowymi. Trasa dodatkowo miała na celu sprawdzenie i doregulowanie roweru po wymianie przerzutki, manetek i wolnobiegu (przez co nie dojechałem wcześniej na imprezę na orientację w Starym Gaju), a także wypróbowanie mapnika rowerowego konstrukcji własnej.

Ale od początku. Start przy siedzibie TPSA na Choinach. Następnie pojechałem wzdłuż ul. Szeligowskiego i Choiny. Przed zakończeniem drogi dwujezdniowej, odbłem między domami w drogę gruntową i skierowałem się polami w stronę Dysa. Po dojechaniu do drogi asfaltowej i skręciłem w prawo, by za chwilę skręcić w lewo. W tym miejscu po raz pierwszy okazało się, że rozkład dróg nie do końca zgadza się z mapą. Przy pierwszej próbie zjazdu z asfaltu (najpierw odnogą w prawo, a następnie droga gruntowa w lewo), okazało się, że droga oznaczona na mapie została zaanektowana przez mieszkańców, którzy radośnie ustawili na niej tabliczkę “Droga prywatna”. Ponieważ nie miałem zbytniej ochoty na zostanie bohaterem bajki o powidłach*, cofnąłem się i pojechałem dalej asfaltem w stronę Dysa, przy drugiej odnodze znów próbując zjechać “w pola” (ponownie: asfalt w prawo, potem gruntówką w lewo). Tym razem droga okazała się z kolei nie używana i zarośnięta, a dodatkowo w jednym miejscu ziała śliczna dziura wymyta przez wodę. W dalszej części drogi pięknie pleniły się wybujałe pokrzywy. Droga w zasadzie przejezdna, ale nie każdy będzie chciał się nią turlać.

Po przedarciu się przez pokrzywy, dojechałem do drogi asfaltowej, biegnącej wzdłuż szlaku niebieskiego nad brzegiem Ciemięgi. Przekroczyłem asfalt, a następnie kładeczkę i skręciłem w lewo na szlak. Przy boisku, Skręciłem w drogę asfaltową w prawo i podjechałem pod kościół, który minąłem, a następnie odbiłem w lewo w drogę gruntową. Po prawej minąłem klasztor Karmelitanek Bosych i ruszyłem z kopyta prosto.

Tu znowu okazało się, że rzeczywistość odbiega trochę od mapy. Poznikała spora część przydrożnych kapliczek, które ułatwiały orientację, przez co nie do końca byłem pewien gdzie jestem. Na szczęście dojechałem wreszcie do drogi asfaltowej, która okazała się być drogą nr 828, dokładnie pomiędzy tablicami “Nasutów” i “Rudka kozłowiecka”.

Przecinając asfalt i jadąc dalej prosto dojechałem do granicy Kozłowieckiego Parku Krajobrazowego i do stawu Wzory. Miejsce jest przepiękne. Cisza, spokój. Nawet samochody na niedalekiej szosie nie hałasują za bardzo. Warto się tu zatrzymać, zrobić kilka zdjęć i nieco odpocząć przed dalszą drogą.

Dalej, trzymając się drogi leśnej dojechałem do miejscowości Nowy Staw. Kolejne piękne miejsce. Gdybym miał wskazać miejscowość będącą synonimem powiedzenia “Wsi spokojna”, to wskazałbym bez wątpienia właśnie otoczony lasami kozłowieckimi Nowy Staw. Ideał niestety psuł hałas latającego w kółko odrzutowca. Za Nowym Stawem można pojechać całkowicie prosto, żeby dojechać do drogi asfaltowej. Osobiście spróbowałem wykorzystać do tego drogę leśną, choć ostatecznie i tak wylądowałem na asfalcie, którym dojeżdża się do drogi nr 19. Tu odbijamy w lewo i jedziemy chwilę asfaltem (uwaga na duży ruch) i za drugim zakrętem odbijamy znowu w drogę gruntową w prawo. Droga wiedzie wzdłuż lasku, przy czym znowu okazuje się, że jest ona tylko na mapie. Sama droga była najwidoczniej nieużywana, więc nie dość że zarosła, to jeszcze obrotny rolnik zaanektował sobie jej kawałek na pole.

Przy wysypisku odpadów wjechałem do lasów jawidzkich. Tu niestety po raz kolejny rozkład ścieżek na mapie okazał się inny w stosunku do rzeczywistości, więc wyjechałem “gdzieś”. Konkretnie gdzieś między Rokitnem, a Jawidzem. Tu wjechałem na asfalt i sprawdziwszy czas, postanowiłem zrezygnować z dalszej części jazdy. Dojechałem więc do odnogi czerwonego szlaku rowerowego i przez Charlęż, Bystrzycę i Sobieszczany, dotarłem do Łysakowa, gdzie wskoczyłem na niebieski szlak pieszy. Tym szlakiem dotarłem do pałacu w Jakubowicach, a następnie ul. Grodzickiego i Wrzosową do głównej lubelskiej ścieżki rowerowej.

Poniżej pamięciowy obrys trasy (nie dorobiłem się jeszcze gpsa z rejestracją tras).


View Larger Map

Myślę, że trasę trzeba będzie kiedyś powtórzyć, tym razem znacznie wcześniej i dojechać wreszcie do Nadwieprzańskiego Parku Krajobrazowego.

Słit focie zamieszczę jutro.

—————
*Po widłach cztery dziury w plecach.





Sierpniowa Lubelska Masa Krytyczna

21 08 2010

Czyli comiesięczny przejazd rowerzystów przez Lublin. Jak zwykle w ostatni piątek miesiąca, start z Placu Litewskiego o godzinie 18, a meta przy ratuszu. Do uczestnictwa potrzebny jest jedynie sprawny technicznie rower i wyrażona bądź wewnętrzna chęć jazdy w grupie.

Lubelska Masa Krytyczna

Wszyscy z nami rowerami!

Podyskutować na temat masy można pod tym linkiem.





Przejście dla pieszych z przejazdem dla rowerów

20 07 2010

…wygląda mniej więcej tak:

przejscie dla pieszych z przejazdem dla rowerzystow

Zasady poruszania się po nim wymuszane są znakami, tzn rowerzyści korzystają z będącego przedłużeniem drogi dla rowerów przejazdu, natomiast piesi mają do dyspozycji znacznie szersze przejście. Wszystko oznakowane odpowiednio znakami pionowymi D-6b oraz łączonymi znakami C-13/C-16, dodatkowo określającymi w którym miejscu przebiega przejazd, a którędy biegnie przejście. Do tego dochodzą jeszcze znaki poziome:P-11, wyznaczający przebieg przejazdu dla rowerów oraz P-10, wyznaczający przejście dla pieszych. Należy tu też dodać, że zgodnie z artykułem 11 p. 4 ustawy Prawo o Ruchu Drogowym (Dz.U. 1997 Nr 98 poz. 602): “Korzystanie przez pieszego z drogi dla rowerów jest dozwolone tylko w razie
braku chodnika lub pobocza albo niemożności korzystania z nich. Pieszy, z wyjątkiem
osoby niepełnosprawnej, korzystając z tej drogi, jest obowiązany ustąpić
miejsca rowerowi”. Punkt ten nie ma zastosowania w przypadku znajdowania się w strefie zamieszkania.

Niestety nie wszyscy potrafią ten stan uszanować. Jadąc dzisiaj rano do pracy, miałem okazję uczestniczyć w “rozmowie” z pewną pieszą uczestniczką ruchu. Działo się to na przejściu oznakowanym mniej więcej jak na obrazku. Pani owa (przechodząca tamtędy zdaje się regularnie), kobieta słusznej postury, przeprowadzała przez ulicę swoje dwie małe córeczki. Oczywiście nie korzystając przy tym z wygodnego i szerokiego przejścia dla pieszych, lecz kierując swoje kroki przez oznakowany odpowiednio przejazd dla rowerów. Pani z podczepionym do rąk obojgiem dzieci spokojnie stała tarasując całą szerokość przejazdu rowerowego (przypominam, że obok biegło kilkukrotnie szersze przejście dla pieszych). Próbując przejechać oczywiście musiałem ominąć trzy panie albo zjeżdzając na przejście dla pieszych (ok. 100 zł mandatu), albo na trawnik (szanuj zieleń bucu!). Na zwrócenie uwagi na fakt, że przejście dla PIESZYCH biegnie obok, otrzymałem replikę, że “po przejściu dla pieszych rower się prowadzi”. Oczywiście próba zwrócenia uwagi, że kobieta porusza się PRZEJAZDEM DLA ROWERÓW, spotkała się z jakże uprzejmym stwierdzeniem “WAL SIĘ!” popartym powszechnie znanym gestem wyrażającym miłość do obdarowywanej nim osoby.

Tego typu sytuacje wcale nie są rzadkie w naszym kraju. Niestety, bo tylko utwierdzają takie osoby jak ja (zresztą doszedłem do tego już dawno, tylko dzisiaj mi coś po prostu padło na mózg), że jakiekolwiek zwracanie uwagi innym jest absolutnie nie warte zachodu. Szkoda nerwów. Jeśli nie masz na sobie munduru i bloczka mandatowego, nikt cię nie będzie słuchał i w najlepszym wypadku zostaniesz zlany (w gorszym zwyzywany, bądź dostaniesz w mordę). A nawet jeśli masz, bo jesteś policjantem, czy strażnikiem miejskim, zwykle zostaniesz zrugany jeszcze gorzej, bo jesteś w końcu pachołkiem systemu. Nie wiem skąd się to bierze, mogę tylko domyślać się i domniemywać (mam kilka pomysłów), mnie to jedynie przekonuje do tego, żeby jeszcze pogłębić swoją znieczulicę i kompletnie olewać takie osoby. A jak ktoś kiedyś babie połamie rowerem nogi, to ja mam to za przeproszeniem w dupie.

I tym optymistycznym akcentem zakończę tę przydługą notkę.





Rowerkiem po okolicy

12 07 2010

Powiedzieć, że rower to urządzenie idealne jest truizmem. Mały, tani w eksploatacji (no chyba, że ktoś jeździ wyczynowo), lekki i niemalże wszędobylski. Mając rower i mapę nic nie stoi na przeszkodzie, żeby w weekend wsiąść i popedałować sobie po okolicach, odkrywając nierzadko jakie sympatyczne miejsca omija się jeżdżąc samochodem.

Oczywiście rowerowe wojaże są znacznie przyjemniejsze, jeśli się jedzie w grupie, a już szczególnie interesujące są wycieczki organizowane przez grupy zapaleńców rowerowych, takich jak na przykład ludzie zebrani na forum stowarzyszenia Rowerowy Lublin. Jadąc z grupą fanatyków dwóch kółek ma się przede wszystkim gwarancję, że trasa nie będzie nudna, a i w przypadku awarii zawsze w większej grupie ktoś poratuje, a to łatką, a to spinką do łańcucha, czy dętką i pompką.

W ciągu ostatnich kilku tygodni zdarzyło mi się już zaliczyć kilka takich wycieczek, które przede wszystkim pokazują, że wbrew pozorom w okolicach Lublina jest gdzie sobie pojeździć na rowerze. Oczywiście nie każdy da radę wjechać wszędzie (kwestia sprzętu i kondycji/umiejętności), ale nawet trzymając się jedynie szos, można znaleźć mnóstwo pięknych krajobrazowo okolic. No i oczywiście poznać mnóstwo sympatycznych ludzi.

Wystarczy zaopatrzyć się w dobry humor i rower, a reszta to już jazda po drogach i bezdrożach.

Na przykład po wąwozach w okolicach Łysakowa, Pliszczyna, Sobianowic i Rudnika, albo przez Snopków do Nałęczowa i Wojciechowa.





Niebieskim Szlakiem – Dolina Ciemięgi

14 06 2010

Tym razem oficjalny szlak turystyczny, którego opis znalazłem na stronie poświęconej turystyce rowerowej (polecam). Trasa oczywiście nieco zmodyfikowana w stosunku do oficjalnego szlaku, a także propozycji ze strony, jako że nie zawsze lubię trzymać się sztywno szlaku, a i jego oznakowanie w paru miejscach pozostawało wiele do życzenia. Mapka załączona do posta jest bardzo orientacyjna, bo niestety satelitarne zdjęcia okolic trasy są kiepskiej jakości a i mapy google nie są tu ultraprecyzyjne. Znacznie lepszą jakość zarówno zdjęć, jak i map można znaleźć na geoportalu (tylko dzięki niemu udało mi się ostatecznie rozrysować trasę), niestety sam portal nie udostępnia map, które możnaby osadzić na blogasku. Wielka szkoda.

Spora część trasy biegnie wiejskimi szosami, więc biorąc pod uwagę styl jazdy kierowców na takich trasach, a także jakość samych dróg, warto zaopatrzyć się w kask, kamizelkę odblaskową i oświetlenie.

Trasa jest bardzo malownicza. Nie będę opisywał dokładnych szczegółów, bo to najlepiej zobaczyć samemu.  Jadąc należy pamiętać, że szlak był projektowany raczej dla turystyki pieszej, przez co miejscami osoby nie ufające swoim umiejętnościom rowerowym (na przykład ja) będą zmuszone zsiąść z roweru i poprowadzić go kawałeczek. W części trasy biegnącej już nad samą Ciemięgą, żałowałem jedynie, że wziąłem krótkie spodnie. Pokrzywy i inne zielsko było w okolicy wyjątkowo zdrowe i wybujałe.

Jadąc szlakiem, trzeba też zwrócić uwagę na oznaczenia trasy, bo łatwo je przeoczyć. Z powodu przegapienia skrętu z ul. Sławinkowskiej, jechałem przez Snopków i Smugi, czyli nałożyłem kilka kilometrów. Ponownie zgubiłem szlak już za Ciecierzynem, w okolicach miejscowości Baszki. Ale jak kto ma więcej szczęścia niż rozumu, to zawsze trafi gdzie chce, więc koniec końców udało mi się wrócić na oznakowaną trasę w okolicy Pliszczyna.

Dalej trasa biegnie przez Łysaków, gdzie zjeżdża się na drogę gruntową i znowu można przegapić oznakowania. Tym razem nie udało mi się wrócić na szlak, ale biorąc “azymut” na Lublin, dotarłem do ul. Pliszczyńskiej i dalej do pałacu w Jakubowicach Murowanych. Tutaj bardzo mile zaskoczył mnie stan samego zabytkowego pałacu, w którym wreszcie widać, że trwa odbudowa i są jej efekty.

W tym miejscu można wjechaćw ulicę Tadeusza Grodzickiego, która dociera do żółtego szlaku biegnącego ścieżką rowerową w stronę Zalewu Zemborzyckiego.

Podsumowując, bardzo ciekawa i urozmaicona trasa z pięknymi krajobrazami. Zdecydowanie warto się przejechać, albo przynajmniej zahaczyć jeżdżąc w okolicy.


View Larger Map




Na rozgrzewkę – Zalew Zemborzycki

1 06 2010

Czyli nowa seria, w której będę przedstawiał różne, okołolubelskie trasy rowerowe. Czasem interesujące, czasem nie, czasem łatwe, czasem trudne, czasem podpatrzone gdzie indziej, czasem ze zdjęciami, a czasem bez. Czy jest warto, ocenicie sami.

Na początek trasa stosunkowo łatwa i dość krótka, czyli jedziemy dookoła Zalewu Zemborzyckiego. Długość – około 20 km (mniej więcej :P ). Zaczynamy przy wylocie wąwozu na Rurach, jedziemy w stronę ulicy Nadbystrzyckiej i na wysokości Lidla, przejeżdżamy na drugą stronę. Ścieżką rowerową kierujemy się w stronę miasta i dojeżdżamy do pierwszego mostku, przez który przekraczamy Bystrzycę i wjeżdżamy na teren Lubelskiego Klubu Jeździeckiego. Tutaj miłośnicy czterech kopyt mogą przystanąć i popodziwiać konie, natomiast miłośnicy innego rodzaju przyrody, mogą jadąc spojrzeć w prawo i zainteresować się naturalnymi zakolami Bystrzycy (oidp, teren nie poddawany zabiegom regulacji koryta), oraz przeczytać parę informacji odnośnie tego terenu na umieszczonych wzdłuż ścieżki tabliczkach (parę się jeszcze uchowało przed wandalami). Jadąc dalej odbijamy w prawo i przejeżdżamy pod mostem i ul. Krochmalną.

Dalej trzymamy się ścieżki i mając Bystrzycę po prawej stronie docieramy do wiaduktu kolejowego. Przejeżdżamy mostkiem i trzymając się ścieżki rowerowej, kierujemy się w stronę Zalewu. Tu z jednej strony możemy podziwiać koryto rzeki, a z drugiej sielskie obrazki podlubelskiej wsi (czasem nawet można trafić na pasące się krowy, co przy obecności bloków zaraz po drugiej stronie Bystrzycy daje intrygujący efekt). Ścieżką rowerową dojeżdżamy do ul. Żeglarskiej, pod którą ponownie przejeżdżamy i docieramy do zapory. Przy skrzyżowaniu, skręcamy w prawo i trzymając się ścieżki, przejeżdżamy przez ośrodek wypoczynkowy Marina. Ścieżka rowerowa wreszcie zjeżdża nad brzeg i dalsza część trasy służy podziwianiu spokojnej tafli Zalewu. Mniej więcej w połowie Zemborzyc kostka brukowa się kończy i zaczyna się fragment, określany przez umieszczoną tam tablicę jako "trudny". Jego trudność polega na tym, że jest to teren wysypany gruzem i rozjeżdżony gąsienicowym spychaczem (polecam jazdę po zaschniętych śladach gąsienic, lepszego masażu tyłka nigdzie nie znajdziecie :P ). Trzeba uważać, żeby nie wyrżnąć na ślicznie potłuczone kawałki betonu, cegieł i innego śmiecia.

Takim wspaniałym traktem dojeżdżamy do ul. Cienistej. Skręcamy w lewo i za mostkiem skręcamy znowu w lewo w drogę gruntową biegnącą nad wodą. Koleinami docieramy do dzikiego kąpieliska "na rękawie". Jedziemy jeszcze kawałek i w okolicach wyspy docieramy do rozlanej w prawo zatoczki. Tu znów zaczyna się odcinek trudniejszy, bo wjeżdżamy w las i będziemy jechać blisko wody. A jak tak, to wiadomo – kawałki podmokłe, dziury, korzenie itd itp. Sama radość :) . Po kilkuset metrach kluczenia ścieżkami, docieramy do drogi gruntowej i tu podejmujemy decyzję, czy jedziemy dalej prostą i w miarę równą drogą, czy znowu odbijamy w las i jedziemy dalej brzegiem. Na początek proponuję skręcić w lewo i trzymać się drogi. Nieco dalej, docieramy do rozwidlenia, i znaku informującego, że ścieżka dla rowerów biegnie w lewo. Skręcamy i trzymając się gruntowej drogi dojeżdżamy do resztek kempingu Dąbrowa. Tam mamy znowu do wyboru, albo zjeżdżamy nad wodę i dalej jedziemy betonowym nabrzeżem, albo przejeżdżamy między zabudowaniami do ul. Nad Zalewem. Jazda nabrzeżem, choć nieco ciekawsza, wiąże się z koniecznością slalomowania między wędkarzami, więc jeśli ktoś nie ma cierpliwości, to proponuję ruszyć asfaltem (ewentualnie ścieką leśną, a tam jak wiadomo – korzenie, piach, dziury).

Nieco przed końcem ulicy zauważamy odbiegającą w lewo szutrową ścieżkę rowerową, wjeżdżamy na nią i dojeżdżamy do ośrodka wypoczynkowego na Wrotkowie. Trzymając się nadal ścieżki, docieramy do przebiegającej zaporą al. K. Bryńskiego. Tu możemy sobie pooglądać posadowiony w zaporze jaz, a następnie wrócić ruszyć dalej i ścieżką rowerową powrócić do punktu wyjściowego.

Poniżej zamieszczam mapkę, która niestety bardzo szczegółowa nie jest, ale pomoże się zorientować co, gdzie i którędy :)


View Larger Map

=-=-=-=-=
Powered by Blogilo








Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.